Miłości czekanie…

Sobota, 7 lipca 2018 roku

Miałam pisać o czymś innym, jednak ostatnia książka, którą właśnie skończyłam czytać, wzruszyła mnie dogłębnie i skłoniła do przemyśleń. Postanowiłam poruszyć temat, o którym może napisano już wszystko. Bezczelne to trochę z mojej strony i sama narażam się na cyniczne spojrzenia. Siedzi we mnie jednak ta książka i tak bardzo mi przypomina, co jest w życiu ważne i co dla mnie jest esencją w związku dwojga kochających się ludzi. Myślałam, że czytam kolejną opowieść w formie wywiadu na temat niesamowitej osoby, która mimo nie najmłodszego wieku, dla wielu odeszła zbyt wcześnie. Mimo, że osoba pani Marii Czubaszek wciąż wzbudza wiele, również skrajnych emocji, a ma wciąż moje totalne uwielbienie, nie spodziewałam się wielu uczuć czytając kolejny twór na temat jej życia. I nagle powaliło mnie. Połknęłam „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham” Krystyny Pytlakowskiej o dwojgu cudownych ludzi, których złączył los: o pani Marii Czubaszek oraz jej mężu, Wojciechu Karolaku.

Tak bardzo daleko im było do ideałów. Tak bardzo pięknie się od siebie różnili, jednocześnie znajdując podobne spojrzenie na wiele spraw. Tak trudna, szczególnie w początkowym okresie, miłość, która mimo upływu czterdziestu lat razem, wciąż była pełna niespodzianek, barw i tak często ulotnego zakochania. Bardzo wzruszyło mnie to, że prostymi, bezpośrednimi zdaniami można upleść tak aromatyczną opowieść o miłości do drugiego człowieka. Jak cudownie jest czytać, kiedy, jakby nie patrzeć na pana Karolaka, dorosły mężczyzna, wciąż z uwielbieniem, pokorą i ogromnymi pokładami miłości, oddaje hołd żonie każdego dnia. Dwoje ludzi, których łączyło wszystko, nawet różnice. Brzmi nielogicznie? Przeczytajcie książkę, zrozumiecie…

Czym dla Was jest miłość? Co sprawia, że nabieracie pewności, że macie to szczęście nią obdzielać i być nią obdarowanym? I nie mówię tu o zakochaniu, czy zauroczeniu. Mówię o szczerej i bezwarunkowej miłości, która rządzi się swoimi prawami i która mimo życiowych sztormów, wciąż trwa… Oczywiście miłością można obdarowywać również dzieci, zwierzęta, rodziców, czy przyjaciół. Ja mam na myśli jednak uczucie między dwojgiem ludzi, którym jest razem po drodze i którzy wiedzą, że zwyczajnie dla siebie są.

Im jestem starsza, tym bardziej doceniam swoje życie, swoje wybory i upewniam się w tym, że serca oszukać się nie da. Jesteśmy bardzo różnymi ludźmi i mamy różne potrzeby, na różnym etapie życie potrafią być od siebie bardzo odległe. Ja jednak od zawsze miałam potrzebę rozmowy. Najpiękniejszy mężczyzna poszedłby szybko w odstawkę, jeśli nie udałoby nam się nawiązać dialogu, nie potrafiłby zainteresować mnie rozmową. Tak, zabawnie jest czasem „zawiesić oko” na tak zwanym „ciachu”, ale nie wytrzymałabym długo nie mogąc polemizować, czy zwyczajnie wygadać się z tego, co mi leży na sercu, oczekując rewanżu. Może właśnie dlatego tak bliska stała mi się opowieść o zającach, jak sami się nazywali bohaterowie wspomnianej książki. Wyobraźcie sobię panią Marię, kobietę pełną dystansu i autoironii, jednak również poważną publicystkę i autorkę tekstów. Przypomnijcie sobie jej postać i wyobraźcie sobie, że dzwoni do męża, artysty muzyka, nocnego marka, bezkompromisowego człowieka, który dzień wcześniej się z nią wykłócał. Dzwoni i mówi do niego: „cip cip…”. Tak zaczynali ze sobą rozmowę. Wiedzieli, że nawet po największej burzy, nie można nosić gniewu w sobie słysząc na początku „cip cip…”. Tak cudownie proste, a jakie genialne… Tylko oni, dwoje fantastycznych ludzi, mogło na to wpaść. Geniusze życia razem, choć osobno…

A wracając do mnie. Rozmowa. Tak, to dla mnie od początku podstawa związku. Wiem, że jeśli jej zabraknie, to przestaniemy być razem. Jesteśmy z mężem razem już 11 lat, choć małżeństwem dopiero od roku. Pamiętam doskonale nasze początki: niekończące się dyskusje na tematy wszelakie. W tamtych czasach, mieszkając w Polsce, niestety paliłam papierosy. Pamiętam doskonale, kiedy pewnej soboty, przy porannej dyskusji, postanowiłam zapalić przy kominku. Dosiadł się do mnie na chwilę i pogrążyliśmy się w rozmowie. Siedzieliśmy na podłodze, co jakiś czas ktoś wstał, by sięgnąć coś do picia… Ponieważ była to sobota, nie patrzyliśmy na zegarek, oddaliśmy się konwersacji. Kiedy poczułam, że żołądek ściska mi głód, zorientowałam się, że rozmawiamy tak dziewięć godzin… Tyle czasu siedząc na podłodze i rozmawiając, tak po prostu. Śmialiśmy się z siebie, że nam nigdy dosyć. Teraz, brakuje czasu i możliwości. Jednak wciąż uwielbiam chwile, kiedy świat powoli zasypia, w szczególności nasz synek, a my zwyczajnie siedzimy oparci o siebie i rozmawiamy…

To nie jest tak, że mamy szczęście, bo problemy omijają nas szerokim łukiem, więc nam łatwiej. Nieprawda. Mamy i takowe, czasem potrzebujemy czasu, żeby je przetrawić w sobie, w samotności. Prędzej czy później jednak siadamy razem i zastanawiamy się, co dalej. A kiedy dyskusja ma argumenty za i przeciw, podejmujemy decyzję razem. Siadamy i robimy listę pozytywów i negatywów. Ja swoją, On swoją. Potem porównujemy rezultaty i skupiamy się na rozwiązaniu, które jest najbliższe naszej rodzinie. Brzmi może trochę infantylnie, jednak wierzcie mi, że sięgaliśmy po to już kilkakrotnie i póki co, nie żałowaliśmy swoich decyzji. A najlepsze w nich jest to, że są podjęte razem… I nie były to błahe decyzje, bo chodziło o zmianę kraju zamieszkania, bądź pracy… Tak jednak wciąż budujemy naszą relację i pogłębiamy wzajemne zaufanie. Doceniam to każdego dnia…

Nie chcę budować wokół nas obrazu bajki, bo tak nie jest. Na początku każdy trochę retuszuje sam siebie, dostosowując się do upodobań partnera. I tak ja próbowałam przekonać samą siebie, że muzyka country nie jest taka zła, a On, że rock płynie w Jego żyłach, jak w moich (było Mu trochę łatwiej, bo przecież uwielbia AC/DC, Guns N’ Roses czy Metallica, czy słucha tutejszego Sabaton’u). Teraz On słucha swojej muzyki w swoim samochodzie, a ja swojej w moim, a kiedy jedziemy razem, słuchamy radia. Na wszystko jest sposób, jeśli tylko się chce. A czy nie wkurzają mnie Jego skarpetki koło łóżka? Są z Jego strony, nie muszę tam zaglądać. Oczywiście czasem coś mimochodem skomentuję, jak ostatnio, kiedy zastanawiałam się nad wprowadzeniem tablicy na dobre i złe zachowanie syna, że może i dla Niego przydałaby się takowa… Aluzja podziałała natychmiast. Ale nie koncentruję się na tym, co mi przeszkadza. To drobiazgi. To ja jestem skrupulatna, czasem pedantyczna, drobiazgowa. On nauczył mnie, że nie warto tak spędzać życia. Nauczyłam się koncentrować na nas, na wspólnym czasie, ale i na sobie. Na tym, by patrzeć na życie przez lekko różowe okulary, by wykorzystywać czas tak, by nie żałować już żadnego minionego roku…

Wracając więc do tematu miłości… Jeśli mielibyście wybrać i nazwać jedną rzecz, która Wam się najbardziej kojarzy z Waszą miłością, co by to było? Bez czego nie wyobrażacie sobie siebie razem? Już wiecie, że u mnie jest to ROZMOWA (rozmowa, czyli dialog, wymiana poglądów, wsłuchiwanie się w siebie nawzajem, jak również odpowiadanie na nasze wątpliwości, a nie jednostronny monolog). Pomyślcie o tym przez chwilę. To bardzo fajne, zrozumieć własne potrzeby i oczekiwania. Łatwiej przetrawić i popracować nad związkiem, kiedy wiemy, czego my właściwie chcemy.

Polecam wszystkim książkę o „Zającach”. Może sprawia inne wrażenie na początku, ale warto przeczytać ją do końca. Zdjęcia, bez Photoshopa, z prywatnego archiwum rodzinnego, to perełki pana Karola… Przeczytajcie i zastanówcie się, gdzie się widzicie za dwadzieścia, trzydzieści lat…

Często się słyszy, że cudownie jest widzieć dwoje staruszków trzymających się za ręce. Zgadzam się, to jest piękne, ale rozmyślam właśnie o konkretnych obrazach w mojej głowie, obrazach przepełnionych uczuciem dwojga szanujących się wciąż ludzi…

Pierwszy obraz, to obraz prababci, babuleńki, która pieczołowicie przygotowywała obiad dla pradziadka. Oboje już byli w słusznym wieku, może potrzebowali innej diety, a może mieli swoje przyzwyczajenia. Dziadek siadał na swoim krześle, ja przybiegałam, jeśli tylko mogłam i siadałam na kolanach. Babci oczy, otoczone zmarszczkami, mała buźka i cienki srebrny warkoczyk, starannie pleciony każdego ranka… Pomarszczone, ciepłe dłonie, które podawały dziadkowi talerz… Ale oczy, wpatrzone w dziadka, wypatrujące, czy wszystko jest w porządku… Jednocześnie dziadka uśmiech, mimo chodzenia już o lasce, wciąż silne dłonie… To, jak Oni wciąż patrzyli na siebie… Przecież ja byłam dzieckiem, nie pamiętam wiele, ale to ciepło bijące od Nich wciąż pozostało w mojej głowie… Cudowne ciepło miłości, nawet po tylu latach razem…

Drugi obraz jest dosyć współczesny. I tu mam nadzieję, że ciocia i wujek się na mnie nie obrażą, jeśli posłużę się tym przykładem. Ciocia to córka moich pradziadków (i właśnie mam łzy w oczach pisząc o tym)… Ciocia z wujkiem zawitali wraz z moimi rodzicami do mnie tutaj, do Szwecji. Wujek to odwieczny wędkarz, każdą wolną chwilę, od wielu lat, spędza na wędkowaniu. Nie inaczej było tutaj, w końcu mieszkam nad jeziorem. Mógł wędkować do woli. Szczęście bywało zmienne, postanowił więc wypłynąć wieczorem. Popłynął. Czas mijał, zjedliśmy kolację, domownicy wykąpani powoli kładli się do łóżek. Wujek zapowiadał, żeby się nie martwić, że On zamknie dom, że będzie dłużej. Niestety nie ma u nas dobrego oświetlenia drogi, tak po prawdzie, nie ma żadnego, a to, co doświetla dom, nie sięga do jeziora. Ciocia początkowo tylko komentowała delikatnie nieobecność wujka, sama próbowała Go dojrzeć i nawoływać z brzegu, jednak bez skutku. Ja widząc niepokój cioci, również poszłam, ale nie odnalazłam wujka.

Nawiasem mówiąc, łódka napędzana była ręcznie, wiosłami, bez żadnego silnika, więc przy wietrze, nie było łatwo… Wróciłam do domu, ciocia w łóżku czyta książkę. Poszłam do Niej, próbowała udawać spokojną. Przytuliłam Ją i powiedziałam, że będzie dobrze i że wujek zaraz wróci. To uczucie w cioci oczach… Miłość i strach, przerażenie i złość. Zaszklone oczy… Na samą myśl o tej chwili mam ciarki na plecach. Może to moja wyobraźnia, może to moje wrażenie, ale ja wtedy zobaczyłam miłość. I pamiętam do tej pory.

Mogłabym przytoczyć więcej przykładów, Wy pewnie macie wokół siebie również takowe. Moim celem było tylko to, by skłonić Was do drobnych przemyśleń. Nie traćcie czasu na rozdrapywanie ran. Nie warto. Warto jednak przypomnieć sobie o tym, co piękne, choć często bardzo trudne. Tak wiem, nic nie jest wieczne. Właśnie dlatego ja skupiam sie na tym, bym chciała zapamiętać każdą chwilę. Nic dwa razy się nie zdarza…

I na koniec cudowny cytat z listu Agnieszki Osieckiej do Jeremiego Przybory („Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”):

„Coś Ty zrobił, Jeremi, zostawiłeś mnie samą w pustym mieście, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności. Żeby Warszawę doprowadzić do takiego stanu, to tylko Ty potrafisz”.