(Nie) Utracone zmysły

Sobota, 15 września 2018 roku

Tak, wiem! Jestem okropna! Tyle czasu milczę, zaniedbuję to wyjątkowe dla mnie grono osób, które czyta moje wpisy. Kochani, wybaczcie! To nie ze zwyczajnego lenistwa, czy rezygnacji z pisania bloga. To zmiana pracy sprawiła, że moje rozumienie czasu się rozstroiło i paradoksalnie potrzebuję czasu, by wrócić z rutynami na właściwe tory. Już nawet jeden wpis mam w połowie gotowy, jednak pojawiły się okoliczności odsuwające tamten tekst na bok i dające pierwszeństwo zapiskom z ostatnich dni. Moje skłonności ochewciowe dały bardzo o sobie znać i muszę się z Wami koniecznie tym podzielić…

Zmieniłam pracę. Od półtora miesiąca pracuję w miejscu, do którego każdego dnia jadę z przyjemnością i uśmiechem na ustach. Mam w sobie energię i zapał i oby jak najdłużej. Nareszcie mogę być sobą. Ale o tej zmianie będzie kiedy indziej i nie chcę się teraz wdawać w szczegóły. Chcę tylko zaznaczyć na wstępie, że jestem szczęśliwa będąc tu… Oczywiście typowo dla mnie, już pierwszego dnia przyniosłam ze sobą drobiazgi, które sprawiły, że pokój stał się mój. Ze zdjęcia spogląda na mnie mąż i syn, kolorowe obrazki namalowane przez siostrzenice i synka dodają pozytywnej energii. Meble zdążyłam już przestawić dwukrotnie, a na poniedziałek zaplanowaną mam wymianę stołu do pracy. Przecież wszystko musi być po mojemu… I teraz cofnijmy się o tydzień…

Sobota. Męża nie ma, wykorzystuję okazję i razem z synkiem wybieram się do najbardziej znanej na świecie szwedzkiej sieciówki, do Ikei. W zamiarze kupno szafki pod biurko i białej tablicy, oczywiście do pracy. Zakupy poszły sprawnie. Dzięki uprzejmemu panu w kasie (jakie szczęście, że nie wybrałam kasy samoobsługowej!) dopakowałam drugą część szafki. Sama nie spostrzegłam oczywiście, że artykuł spakowano w dwa osobne kartony. Z dwoma wózkami dotarłam do samochodu. O spakowanie szafki się nie obawiałam. Obudziłam się natomiast, że mogę mieć mały problem z dużą tablicą… Dla uściślenia, rozmiar 140 cm x 70 cm. Z fotelikiem dziecięcym z tyłu nie mogłam złożyć wszystkich siedzeń, więc łatwo nie było… Ale co tam, jakoś wcisnęłam… Może synek nie miał zbyt przyjemnego widoku z jednej strony, ale czego się nie robi dla uśmiechniętej mamy…

W domu wypakowanie kartonów i natychmiastowa decyzja, że szafka zostanie skręcona tutaj, by nie marnować na to czasu w pracy. A ponieważ lubię robić takie rzeczy, więc spieszno mi było się za to wziąć. Czy się udało? Oczywiście! Szafka stanęła na kółkach, z drobnym incydentem w międzyczasie na kontuzję młodego (mimo ostrzeżenia przewrócił się na rozłożone szuflady i wystające zawiasy kołkowe i metalowe elementy). Złożyliśmy krwawą ofiarę dla powodzenia projektu. Podjęcie decyzji, że najpierw do pracy w poniedziałek pojedzie tablica, by we wtorek zawieźć gotową szafkę.

Wtorek. Trzeba jechać do pracy, ale najpierw szafka do samochodu. Męża nie ma, więc muszę dać sobie radę sama. Przecież te pięć schodków to nie problem. Gorzej, że właśnie pada deszcz i schody mogą być śliskie… Pomału… Centymetr po centymetrze przesuwam stopy i jakimś cudem docieram bez potknięć do samochodu. Uff, udało się. Szafka, dziecko i ja w samochodzie. Teraz tylko przedszkole i do pracy… Docieram. Podjeżdżam pod same drzwi biurowca, żeby nie jeździć na szafce z parkingu, choć sama myśl takiego podjazdu kusi. Koleżanka przytrzymuje drzwi i szafka dociera do środka. Odstawiam samochód na parking, biorę kilka głębokich wdechów i postanawiam zmierzyć się z ostatnią przeszkodą. Przejeżdżam przez recepcję i docieram do serca problemu. Schody. Mój pokój mieści się na piętrze, na końcu korytarza. Samo przejście korytarzem to bułka masłem, kółka robią swoje. Jednak schody… Spoglądam na nie i stwierdzam, że przecież nie ma ich tak dużo. Powoli, bez pośpiechu, stopień po stopniu wniosę, najpierw na półpiętro, potem odetchnę i dalej… Schylam się, łapię szafkę, podnoszę, przesuwam stopę na schodek i powoli, oddychając po każdym stopniu, docieram na półpiętro. Odstawiam balast i odpoczywam. Wiedziałam, że dam radę, jeszcze tylko drugie półpiętro i po wyzwaniu. Uspokajam oddech, schylam się, łapię szafkę, pierwszy schodek i… o nie! Coś strzyknęło! Puścić szafkę? Spadnie! Z moim szczęściem jeszcze na mnie. Wytrzyma kręgosłup odstawienie na podłogę? Krzyczeć? Upaść? Co robić? Gonitwa myśli i krople potu na czole. Jakoś odstawiam i próbuję się wyprostować. Ból przeszywa na wskroś. Uff… Nie dam rady… Przechodzi koleżanka, a ja zawiedziona, że nie dałam rady sama, proszę o pomoc. Pyta mnie kto mi pomógł przy pierwszej części. Słysząc odpowiedź wzdycha i kręci głową. Tak, wiem, pracuje tu przecież 35 osób, każda z nic chętna do pomocy. Zosia Samosia… Człapię do swojego pokoju, wsuwam szafkę pod biurko i opadam na fotel, choć ból nie pozwala mi ani siedzieć, ani leżeć… A przecież cały dzień pracy przede mną!

Piątek. Pierwsza noc od feralnego wtorku w miarę przespana, ból trochę zelżał. Może nareszcie odetchnę… Docieram z uśmiechem do pracy i rozglądam się po pokoju. Mam nadzieję, że szef zgodzi się na zamianę stołu, z powodu jego nieobecności muszę poczekać na odpowiedź do poniedziałku. Póki co jednak, mogę się przygotować do tego, przesunąć szafki, zawiesić tablicę… Śrubokręt, wkręty, linijka, odmierzam, wkręcam… Podsuwam dwa krzesła i stawiam na nich tablicę, by nie obciążać się niepotrzebnie. Przymierzam z jednej strony, jest w porządku. Jeszcze tylko zawiesić… Podtrzymuję tablicę jedną ręką, balansuję i próbuję trafić w otwór. I nagle… Znowu to samo! Jak ostra igła przeszywa mnie ból dokładnie w tym samym miejscu. Kontuzja pogłębiona! Wściekła na siebie, że powtarzam ten sam błąd, zamiast wyciągać wnioski. Upór i głupota.

W połowie dnia, do bólu kręgosłupa dołącza migrena. Skupienie na pracy staje się wyzwaniem, wyznaczam sobie słabsze cele, porządkuję, sortuję, słabnę… Korzystam z okazji, kiedy koleżanka woła mnie na przerwę, próbuję ratować się jeszcze kawą. Ktoś proponuje mi tabletkę przeciwbólową. Odmawiam, sama nie rozumiem, dlaczego. Przecież to takie polskie, chwytać natychmiast za tabletkę. I to takie skandynawskie jej nie brać.

Kiedy wybija 16-ta, biegnę do koleżanki po tabletkę. Za późno, nie ma jej. Ja to mam refleks. Opuszczam ramiona, pakuję komputer i idę do samochodu. Przecież muszę się spieszyć do przedszkola! Po drodze jeszcze kilka słów z kolegą i już jadę… Średnio droga do i z pracy zajmuje mi 45 minut. Słucham książki, ale ciężko się skupić, bo kręgosłup i migrena wciąż męczą. Dochodzi zmęczenie. Jak to możliwe, że rwący ból nie pobudza mnie? Oczy stają się coraz cięższe. Walczę ze sobą. Gdyby nie to, że mąż jest 700 km dalej i nie może odebrać dziecka z przedszkola, zjechałabym odpocząć. Wiem, że muszę być ostrożna. Nie chcę ryzykować życia, swojego lub innych, jednak póki czuję, że jeszcze trochę dam radę, to jadę. Jeśli oczy będą jeszcze cięższe, zjadę…

Szczęśliwie dojeżdżam do przedszkola. Łapię kilka oddechów przed wejściem. Świeże powietrze troszkę pomaga, choć głowa wciąż pulsuje. Wchodzę do środka. Tuż przy drzwiach wita mnie opiekunka. Spogląda na mnie i informuje, że Jasia już nie ma. Pojechał już i z pewnością czeka na mnie w domu. Gonitwa myśli. O co chodzi? Co się dzieje? Przecież Jörgen jeszcze nie wrócił, jak może być już w domu? Co się ze mną dzieje? Co ja robię? Nie pamiętam??? Zastygam, twarz mi tężeje. Nie mogę uspokoić myśli. Zaczynam myśleć, że tracę zmysły. Pierwszy raz w życiu czuję, że nie panuję nad swoimi myślami i przeraża mnie, że może ten ból głowy ma jakieś inne podłoże… Jestem na granicy. Balansuję pomiędzy wybuchem płaczu, a osunięciem się na podłogę, gdyż wciąż nie mogę zrozumieć. Chyba zaczynam blednąć, bo nauczycielka nachyla się nade mną i teatralnym szeptem tłumaczy mi, że powiedziała tak na osobiste życzenie mojego syna, bo właśnie się schował przede mną. Nie wiem, czy mam się rozpłakać z radości, czy gniewu, mam ochotę kogoś lub coś rozszarpać. Biorę głęboki oddech i z nerwowym śmiechem szukamy chłopaka. Ponieważ szybkie przejście nie przynosi rezultatu, rozdzielamy się i szukamy dalej, głośno komentując. Po chwili dochodzi do mnie ich rozmowa. Wiem więc, że się znalazł. Wpadam na pomysł, by zajść z drugiej strony i spróbować przestraszyć mojego bystrzaka. Skradam się do drzwi, otwieram wyduszając z siebie łaaaaaa!!! I teraz scena jak z filmu Matrix… W zwolnionym tempie widzę, jak zarówno Jaś jak i ja padamy na podłogę, a pani nauczycielka podskakuje i się odwraca. Taki żarcik, a wszyscy troje się przestraszyliśmy, mimo, że wiedzieliśmy o sobie. Nerwowy rechot dopiero po chwili przeistacza się w atak nieopanowanego śmiechu. Emocje całego dnia puszczają. Już dosyć…

Pakujemy manatki i jedziemy do domu. Weekend, już chyba nic mnie nie zdziwi. Dziesięć minut i będziemy u siebie… W samochodzie przypominam sobie, że bliska koleżanka z Polski obchodzi urodziny. Dzwonię natychmiast, żeby mi przypadkiem nie umknęło… Zagadujemy się, próbując opowiedzieć sobie wieści z całego roku w kilka minut. W międzyczasie chcę wyciągnąć pocztę ze skrzynki. Parkuję samochód w pobliżu, ale coś nie tak! Wciąż rozmawiając próbuję wrzucić na parkowanie, ale nie wychodzi! Wkurzam się, że jeszcze tylko brakowało mi dzisiaj problemu z samochodem… Głęboki oddech, spoglądam na pałąk do zmiany biegów i wybucham histerycznym śmiechem… Przecież jeżdżę już kilka lat samochodem z automatyczną skrzynią biegów! A nagle teraz, kiedy rozmawiam z moją równie zakręconą jak ja koleżanką, upieram się, by przesunąć pałąk w bok i przypominam sobie o manualnej… Rozbraja mnie to zupełnie… Dosyć…

Wchodzę do domu, podaję synkowi coś do jedzenia, a sobie nalewam kieliszek wina. Wypijam dwa kieliszki i wreszcie, po całym dniu, dochodzę do siebie… Chyba…

Ten tydzień pozostanie ze mną na długo. Bardzo długo. Och, Ewcia! Byle nie częściej, bo ani fizycznie, ani psychicznie następnym razem mogę nie dać rady!