Drewniana miłość…

Środa, 25 lipca 2018 roku

Siedzę na tarasie, przed palącym słońcem zabezpiecza mnie rozłożony parasol, kolejna butelka wody chroni przed odwodnieniem. Trawa wokół domu wyschnięta na wiór, kwiaty jeszcze dyszą resztkami sił, zasilane wodą z jeziora. Tak, mamy lato, jednak ma się nijak do popularnego powiedzenia o „szwedzkim lecie”, pełnego zmiennej pogody i raczej schłodzonego deszczem. Można by powiedzieć, że pogoda rozpieszcza, gdyby nie zakaz grillowania, palenia czegokolwiek, rozprzestrzeniające się pożary w sporej części Szwecji i wprowadzane ograniczenie zużycia wody, czyli zakaz podlewania trawników i rabatek, czy mycia samochodów. Nie zdajemy sobie sprawy, jak szybko natura jest w stanie doprowadzić nas do skrajności, dopóki bezpośrednio nas to nie dotknie. A patrząc, co się dzieje na świecie, dotyka nas coraz bardziej…

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ prócz cudownie kojącego jeziora i pożółkłej pozostałości po trawie, leży na podwórku drzewo w kawałkach. Nie, nie jest to opał na zimę, który wielu pewnie teraz przyszedł na myśl. To pozostałość po drzewie, które stało do dzisiejszego ranka, jakieś 10 metrów od domu. Drzewo, które kiedy przeprowadziłam się do tego domu, chciałam wyciąć od razu, ale szczęśliwie mój mąż mnie od tego odwiódł. Drzewo, które wysłuchiwało mojego potajemnego śpiewania, kiedy zapoznałam się po raz pierwszy z twórczością Adele… Drzewo, do którego od samego początku przytulał się Jaś, ponieważ dawało cudowny cień latem. To było od początku jego ulubione miejsce odpoczynku, zabaw, do teraz kierował zazwyczaj tam swoje kroki, bawiąc się na dworze.

Drzewo, które rosło pewnie kilkadziesiąt lat, ciesząc oczy poprzednich właścicieli domu. Kilkadziesiąt lat. Dwie godziny, dwóch mężczyzn i piła wystarczyły, bo powalić na ziemię i pozbawić życia…

Nie, nie był to nasz kaprys, nie pozbyliśmy się balastu ze względu na walory estetyczne. Co prawda na brak drzew wokół domu nie mogę narzekać, jednak to było mi najbliższe, nie tylko ze względu na dystans. Kilka dni temu, wracając z kolejnej kąpieli w jeziorze i uciekając przed burzą usłyszałam dziwny trzask. Z przerażeniem zauważyłam, że jedna z części drzewa pęka i przechyla się w bok. Po dokładniejszych oględzinach stwierdziliśmy, że drzewo pękło tez w pionie i że w każdej chwili może nastąpić nieszczęście. Jőrgen natychmiast wyciągnął pasy zabezpieczające i związał drzewo w sposób, który możliwie najlepiej pozwolił nam przetrwać do przyjazdu specjalistów. Oni łapiąc się za głowę uświadomili nas, że jesteśmy cholernymi szczęściarzami, bo kąpiąc się w jacuzzi ustawionym przy tym drzewie, mogliśmy nawet zginąć. Było w takim stanie, że mogło w każdej chwili złamać się prosto nam na głowy… Drzewo okazało się chore, w kilku miejscach w środku puste. Nie było szansy na częściową wycinkę, zachowanie czegokolwiek. Szkoda. Pamiętam jedno drzewo, które było mi bardzo bliskie w czasach mojego dzieciństwa…

Każdy z nas pamięta czasy, kiedy biegał godzinami po podwórku, bez spoglądania na zegarek czy telefon. Kiedy zabawa w cegiełki, robienie sekretów, zdobywanie kolejnych sprawności pochłaniały nas do tego stopnia, że rodzice musieli zedrzeć gardło albo się nabiegać, by zagonić nas do domu. Za chwilę wielu doda, że wtedy żyło się lepiej, że to były lepsze czasy, że teraz dzieci nie wiedzą, co to znaczy dobra zabawa. Nie zgadzam się z tym. Owszem, jest inaczej, ale wcale nie oznacza to, że gorzej.

Biegaliśmy wówczas często sami, nasi rodzice nie mieli dla nas czasu, nie zajmowali się nami. Bawiliśmy się z rówieśnikami, biegaliśmy z kluczami na szyi. Nie mieliśmy jednak dostępu do kolorowego świata, który teraz stoi przed nami otworem. Często nie mieliśmy takiej więzi z rodzicami, jaką my budujemy teraz z naszymi dziećmi. Zamiast obwiniać dzisiejsze młode pokolenie za brak kreatywności, powinniśmy sami popatrzeć na siebie, ponieważ kompensując sobie brak dostępu do „cudowności” w przeszłości, wpychamy im w ręce całe masy zabawek, sprzętów, zamiast właśnie nauczyć, jak można zdobywać otaczający nas świat. Przecież nam często wystarczył patyk, kamień, listek, kawałek szkła… Nauczmy korzystać z tego nasze dzieci, a najlepiej, bawmy się tak razem z nimi. Oczywiście nie jestem naiwna. Sama nie wyrzekłabym się swojego smartfona, który jest często moim bankiem, telefonem, książką, odtwarzaczem muzyki, kontaktem ze światem i ludźmi. A dzieci też potrzebują się uczyć, iść z postępem czasu, by w przyszłości pomóc nam, starszym, którzy też nie będą nadążać za technologią, jak nasi rodzice teraz…

Ale wracając do tematu drzewa… Moje najmłodsze lata spędziłam na podwórku, wśród rówieśników, mieszkając w mieszkaniu na drugim piętrze, w bloku dwu klatkowym. W okolicy potocznie na to miejsce mówiono „rejon”. Schodziliśmy się tam wszyscy, najmłodsi i Ci trochę starsi. Były komórki, szopy, gołębnik, trzepak, mury i ogromne drzewo (po konsultacji dzisiaj z rodzicami uznaliśmy, że mogła być to topola). Uwielbiałam się pod nią bawić. Służyła nam za schronienie, za huśtawkę, za plac zabaw, za sklep… Do tej pory pamiętam sprzedawanie „kiełbasek” spadających z drzewa. Pamiętam jak zawijałyśmy je w papier, ważyłyśmy i potem na papierze wyliczałyśmy kwotę do zapłaty. Kiełbaski i waga prawdziwe nie były, wyliczenia na papierze jednak, mnożenie, czy potem dodawanie w słupkach, jak to robiły swego czasu panie w sklepie, było prawdziwe. Dochodziłam do takiej wprawy, że potem starałam się robić to równie sprawnie jak ekspedientki, w myślach też sprawdzałam, czy dobrze liczyły. Czy istniał wówczas lepszy trening matematycznych umiejętności? Może właśnie taka zabawa sprawiła, że od zawsze lubiłam też liczyć…

Topola nasza była swoistym centrum. Spotykaliśmy się tam, ci sprawniejsi wdrapywali się na nią. Myślę, że nie pomylę się bardzo stwierdzeniem, że właściwie wszyscy kochaliśmy to drzewo. Niestety czasy się zmieniały i zaczynało brakować miejsca… Nie znam konkretnych decyzji podjętych w sprawie jej wycięcia. Pamiętam za to dokładnie, że my, dzieci, przestraszyłyśmy się nie na żarty. Dla nas walił się świat. Pamiętam rozmowy o utworzeniu łańcucha z rąk, żeby nie mogli tego zrobić. Chodząc do szkoły, ciężko było jednak takie nawet dziecięce mrzonki zrealizować… Topolę wycięto, mury zburzono, podwórko podzielono, z myślą o nowych rozbudowach…

Lata mijały, my dorośliśmy. Pozakładaliśmy swoje rodziny, zamieszkaliśmy w różnych miejscach. Pamiętam jednak pewne spotkanie z siostrami i naszą rozmowę o wymarzonym domu (żadna z nas nie mieszkała wtedy w dzisiejszych naszych domach czy mieszkaniach). Lubiłyśmy chodzić na spacery i przyglądać się domom i marzyć, jak nasze będą wyglądały w przyszłości. I wiecie co? Upodobania się zmieniały, jednak było coś, co łączyło wszystkie te wyobrażenia: bliskość drzew. Jedna marzyła o brzozie zaglądającej w okna, póki co patrzy na palmy, za to niektóre z nas dostały jej w nadmiarze J Drzewa mają magiczną moc. I tak jak ja kocham wodę, bo potrafi oczyścić mnie ze złych emocji i uspokoić moje największe nerwy, tak drzewa dostarczają energii, wysłuchają najcięższej opowieści, pomagają oddychać…

Może właśnie dlatego nigdy nie odnajdywałam się w betonowym mieście, zawsze ciągnęło mnie do natury i nie zamieniłabym tego na nic. Taka to już jest moja natura… Dzikość w sercu!

Miłości czekanie…

Sobota, 7 lipca 2018 roku

Miałam pisać o czymś innym, jednak ostatnia książka, którą właśnie skończyłam czytać, wzruszyła mnie dogłębnie i skłoniła do przemyśleń. Postanowiłam poruszyć temat, o którym może napisano już wszystko. Bezczelne to trochę z mojej strony i sama narażam się na cyniczne spojrzenia. Siedzi we mnie jednak ta książka i tak bardzo mi przypomina, co jest w życiu ważne i co dla mnie jest esencją w związku dwojga kochających się ludzi. Myślałam, że czytam kolejną opowieść w formie wywiadu na temat niesamowitej osoby, która mimo nie najmłodszego wieku, dla wielu odeszła zbyt wcześnie. Mimo, że osoba pani Marii Czubaszek wciąż wzbudza wiele, również skrajnych emocji, a ma wciąż moje totalne uwielbienie, nie spodziewałam się wielu uczuć czytając kolejny twór na temat jej życia. I nagle powaliło mnie. Połknęłam „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham” Krystyny Pytlakowskiej o dwojgu cudownych ludzi, których złączył los: o pani Marii Czubaszek oraz jej mężu, Wojciechu Karolaku.

Tak bardzo daleko im było do ideałów. Tak bardzo pięknie się od siebie różnili, jednocześnie znajdując podobne spojrzenie na wiele spraw. Tak trudna, szczególnie w początkowym okresie, miłość, która mimo upływu czterdziestu lat razem, wciąż była pełna niespodzianek, barw i tak często ulotnego zakochania. Bardzo wzruszyło mnie to, że prostymi, bezpośrednimi zdaniami można upleść tak aromatyczną opowieść o miłości do drugiego człowieka. Jak cudownie jest czytać, kiedy, jakby nie patrzeć na pana Karolaka, dorosły mężczyzna, wciąż z uwielbieniem, pokorą i ogromnymi pokładami miłości, oddaje hołd żonie każdego dnia. Dwoje ludzi, których łączyło wszystko, nawet różnice. Brzmi nielogicznie? Przeczytajcie książkę, zrozumiecie…

Czym dla Was jest miłość? Co sprawia, że nabieracie pewności, że macie to szczęście nią obdzielać i być nią obdarowanym? I nie mówię tu o zakochaniu, czy zauroczeniu. Mówię o szczerej i bezwarunkowej miłości, która rządzi się swoimi prawami i która mimo życiowych sztormów, wciąż trwa… Oczywiście miłością można obdarowywać również dzieci, zwierzęta, rodziców, czy przyjaciół. Ja mam na myśli jednak uczucie między dwojgiem ludzi, którym jest razem po drodze i którzy wiedzą, że zwyczajnie dla siebie są.

Im jestem starsza, tym bardziej doceniam swoje życie, swoje wybory i upewniam się w tym, że serca oszukać się nie da. Jesteśmy bardzo różnymi ludźmi i mamy różne potrzeby, na różnym etapie życie potrafią być od siebie bardzo odległe. Ja jednak od zawsze miałam potrzebę rozmowy. Najpiękniejszy mężczyzna poszedłby szybko w odstawkę, jeśli nie udałoby nam się nawiązać dialogu, nie potrafiłby zainteresować mnie rozmową. Tak, zabawnie jest czasem „zawiesić oko” na tak zwanym „ciachu”, ale nie wytrzymałabym długo nie mogąc polemizować, czy zwyczajnie wygadać się z tego, co mi leży na sercu, oczekując rewanżu. Może właśnie dlatego tak bliska stała mi się opowieść o zającach, jak sami się nazywali bohaterowie wspomnianej książki. Wyobraźcie sobię panią Marię, kobietę pełną dystansu i autoironii, jednak również poważną publicystkę i autorkę tekstów. Przypomnijcie sobie jej postać i wyobraźcie sobie, że dzwoni do męża, artysty muzyka, nocnego marka, bezkompromisowego człowieka, który dzień wcześniej się z nią wykłócał. Dzwoni i mówi do niego: „cip cip…”. Tak zaczynali ze sobą rozmowę. Wiedzieli, że nawet po największej burzy, nie można nosić gniewu w sobie słysząc na początku „cip cip…”. Tak cudownie proste, a jakie genialne… Tylko oni, dwoje fantastycznych ludzi, mogło na to wpaść. Geniusze życia razem, choć osobno…

A wracając do mnie. Rozmowa. Tak, to dla mnie od początku podstawa związku. Wiem, że jeśli jej zabraknie, to przestaniemy być razem. Jesteśmy z mężem razem już 11 lat, choć małżeństwem dopiero od roku. Pamiętam doskonale nasze początki: niekończące się dyskusje na tematy wszelakie. W tamtych czasach, mieszkając w Polsce, niestety paliłam papierosy. Pamiętam doskonale, kiedy pewnej soboty, przy porannej dyskusji, postanowiłam zapalić przy kominku. Dosiadł się do mnie na chwilę i pogrążyliśmy się w rozmowie. Siedzieliśmy na podłodze, co jakiś czas ktoś wstał, by sięgnąć coś do picia… Ponieważ była to sobota, nie patrzyliśmy na zegarek, oddaliśmy się konwersacji. Kiedy poczułam, że żołądek ściska mi głód, zorientowałam się, że rozmawiamy tak dziewięć godzin… Tyle czasu siedząc na podłodze i rozmawiając, tak po prostu. Śmialiśmy się z siebie, że nam nigdy dosyć. Teraz, brakuje czasu i możliwości. Jednak wciąż uwielbiam chwile, kiedy świat powoli zasypia, w szczególności nasz synek, a my zwyczajnie siedzimy oparci o siebie i rozmawiamy…

To nie jest tak, że mamy szczęście, bo problemy omijają nas szerokim łukiem, więc nam łatwiej. Nieprawda. Mamy i takowe, czasem potrzebujemy czasu, żeby je przetrawić w sobie, w samotności. Prędzej czy później jednak siadamy razem i zastanawiamy się, co dalej. A kiedy dyskusja ma argumenty za i przeciw, podejmujemy decyzję razem. Siadamy i robimy listę pozytywów i negatywów. Ja swoją, On swoją. Potem porównujemy rezultaty i skupiamy się na rozwiązaniu, które jest najbliższe naszej rodzinie. Brzmi może trochę infantylnie, jednak wierzcie mi, że sięgaliśmy po to już kilkakrotnie i póki co, nie żałowaliśmy swoich decyzji. A najlepsze w nich jest to, że są podjęte razem… I nie były to błahe decyzje, bo chodziło o zmianę kraju zamieszkania, bądź pracy… Tak jednak wciąż budujemy naszą relację i pogłębiamy wzajemne zaufanie. Doceniam to każdego dnia…

Nie chcę budować wokół nas obrazu bajki, bo tak nie jest. Na początku każdy trochę retuszuje sam siebie, dostosowując się do upodobań partnera. I tak ja próbowałam przekonać samą siebie, że muzyka country nie jest taka zła, a On, że rock płynie w Jego żyłach, jak w moich (było Mu trochę łatwiej, bo przecież uwielbia AC/DC, Guns N’ Roses czy Metallica, czy słucha tutejszego Sabaton’u). Teraz On słucha swojej muzyki w swoim samochodzie, a ja swojej w moim, a kiedy jedziemy razem, słuchamy radia. Na wszystko jest sposób, jeśli tylko się chce. A czy nie wkurzają mnie Jego skarpetki koło łóżka? Są z Jego strony, nie muszę tam zaglądać. Oczywiście czasem coś mimochodem skomentuję, jak ostatnio, kiedy zastanawiałam się nad wprowadzeniem tablicy na dobre i złe zachowanie syna, że może i dla Niego przydałaby się takowa… Aluzja podziałała natychmiast. Ale nie koncentruję się na tym, co mi przeszkadza. To drobiazgi. To ja jestem skrupulatna, czasem pedantyczna, drobiazgowa. On nauczył mnie, że nie warto tak spędzać życia. Nauczyłam się koncentrować na nas, na wspólnym czasie, ale i na sobie. Na tym, by patrzeć na życie przez lekko różowe okulary, by wykorzystywać czas tak, by nie żałować już żadnego minionego roku…

Wracając więc do tematu miłości… Jeśli mielibyście wybrać i nazwać jedną rzecz, która Wam się najbardziej kojarzy z Waszą miłością, co by to było? Bez czego nie wyobrażacie sobie siebie razem? Już wiecie, że u mnie jest to ROZMOWA (rozmowa, czyli dialog, wymiana poglądów, wsłuchiwanie się w siebie nawzajem, jak również odpowiadanie na nasze wątpliwości, a nie jednostronny monolog). Pomyślcie o tym przez chwilę. To bardzo fajne, zrozumieć własne potrzeby i oczekiwania. Łatwiej przetrawić i popracować nad związkiem, kiedy wiemy, czego my właściwie chcemy.

Polecam wszystkim książkę o „Zającach”. Może sprawia inne wrażenie na początku, ale warto przeczytać ją do końca. Zdjęcia, bez Photoshopa, z prywatnego archiwum rodzinnego, to perełki pana Karola… Przeczytajcie i zastanówcie się, gdzie się widzicie za dwadzieścia, trzydzieści lat…

Często się słyszy, że cudownie jest widzieć dwoje staruszków trzymających się za ręce. Zgadzam się, to jest piękne, ale rozmyślam właśnie o konkretnych obrazach w mojej głowie, obrazach przepełnionych uczuciem dwojga szanujących się wciąż ludzi…

Pierwszy obraz, to obraz prababci, babuleńki, która pieczołowicie przygotowywała obiad dla pradziadka. Oboje już byli w słusznym wieku, może potrzebowali innej diety, a może mieli swoje przyzwyczajenia. Dziadek siadał na swoim krześle, ja przybiegałam, jeśli tylko mogłam i siadałam na kolanach. Babci oczy, otoczone zmarszczkami, mała buźka i cienki srebrny warkoczyk, starannie pleciony każdego ranka… Pomarszczone, ciepłe dłonie, które podawały dziadkowi talerz… Ale oczy, wpatrzone w dziadka, wypatrujące, czy wszystko jest w porządku… Jednocześnie dziadka uśmiech, mimo chodzenia już o lasce, wciąż silne dłonie… To, jak Oni wciąż patrzyli na siebie… Przecież ja byłam dzieckiem, nie pamiętam wiele, ale to ciepło bijące od Nich wciąż pozostało w mojej głowie… Cudowne ciepło miłości, nawet po tylu latach razem…

Drugi obraz jest dosyć współczesny. I tu mam nadzieję, że ciocia i wujek się na mnie nie obrażą, jeśli posłużę się tym przykładem. Ciocia to córka moich pradziadków (i właśnie mam łzy w oczach pisząc o tym)… Ciocia z wujkiem zawitali wraz z moimi rodzicami do mnie tutaj, do Szwecji. Wujek to odwieczny wędkarz, każdą wolną chwilę, od wielu lat, spędza na wędkowaniu. Nie inaczej było tutaj, w końcu mieszkam nad jeziorem. Mógł wędkować do woli. Szczęście bywało zmienne, postanowił więc wypłynąć wieczorem. Popłynął. Czas mijał, zjedliśmy kolację, domownicy wykąpani powoli kładli się do łóżek. Wujek zapowiadał, żeby się nie martwić, że On zamknie dom, że będzie dłużej. Niestety nie ma u nas dobrego oświetlenia drogi, tak po prawdzie, nie ma żadnego, a to, co doświetla dom, nie sięga do jeziora. Ciocia początkowo tylko komentowała delikatnie nieobecność wujka, sama próbowała Go dojrzeć i nawoływać z brzegu, jednak bez skutku. Ja widząc niepokój cioci, również poszłam, ale nie odnalazłam wujka.

Nawiasem mówiąc, łódka napędzana była ręcznie, wiosłami, bez żadnego silnika, więc przy wietrze, nie było łatwo… Wróciłam do domu, ciocia w łóżku czyta książkę. Poszłam do Niej, próbowała udawać spokojną. Przytuliłam Ją i powiedziałam, że będzie dobrze i że wujek zaraz wróci. To uczucie w cioci oczach… Miłość i strach, przerażenie i złość. Zaszklone oczy… Na samą myśl o tej chwili mam ciarki na plecach. Może to moja wyobraźnia, może to moje wrażenie, ale ja wtedy zobaczyłam miłość. I pamiętam do tej pory.

Mogłabym przytoczyć więcej przykładów, Wy pewnie macie wokół siebie również takowe. Moim celem było tylko to, by skłonić Was do drobnych przemyśleń. Nie traćcie czasu na rozdrapywanie ran. Nie warto. Warto jednak przypomnieć sobie o tym, co piękne, choć często bardzo trudne. Tak wiem, nic nie jest wieczne. Właśnie dlatego ja skupiam sie na tym, bym chciała zapamiętać każdą chwilę. Nic dwa razy się nie zdarza…

I na koniec cudowny cytat z listu Agnieszki Osieckiej do Jeremiego Przybory („Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”):

„Coś Ty zrobił, Jeremi, zostawiłeś mnie samą w pustym mieście, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności. Żeby Warszawę doprowadzić do takiego stanu, to tylko Ty potrafisz”.