Pływać każdy może…

Wtorek, 26 czerwca 2018 roku

Urodziłam się w lutym, więc jak na wodnika przystało, kocham wodę. Nie dane mi niestety było nauczyć się pływać jak profesjonalista, ale idę przez życie podpierając się moją rekreacyjną żabką i póki co, udaje mi się zawsze jakoś dopłynąć do brzegu.

Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że moje ciało w różnym wieku przybiera różne kształty i różne gabaryty. Jak sinusoida odzwierciedla moje samopoczucie i podejście do życia w danym okresie. Ku swojemu nieszczęściu, a może ku radości lub przerażeniu niektórych, często bliżej mi do wieloryba, czy lwa morskiego, a niżeli do skocznej gazeli, czy geparda, jednak walka ze słabościami trwa całe życie. Próbowałam wiele aktywności, wmawiając sobie za każdym razem, że to lubię, że właśnie znalazłam nowe hobby. Jednak tylko woda sprawia, że spalanie kalorii sprawia mi taką przyjemność, nie kojarzy mi się tylko z wysiłkiem, a wręcz przeciwnie, z przyjemnością, relaksem, oczyszczeniem głowy i naładowaniem baterii na przekraczanie kolejnych granic. Kiedyś pływałam na basenie. Teraz mam tą cudowną możliwość sprawdzania się w naturalnym zbiorniku wodnym. To bywa inspirujące, jak i odstraszające, kiedy wyobraźnia podsuwa obrazy i myśli, których akurat wtedy wolałabym za wszelką cenę uniknąć. I właśnie postanowiłam podzielić się z Wami, co siedzi w mojej głowie, kiedy próbuję znowu przesunąć granicę własnych możliwości.

Po dwóch tygodniach upałów, zmagania się z przegrzaniem, ale i cieszeniem się każdą wolną minutą na dworze, jest chłodniejszy wieczór. Dla jednych niedzielny czas to spokojne zakończenie tygodnia, wisienka na torcie siedmiodniowego schematu, ostatnia prosta przed kolejnym okresem pełnym zadań do wykonania. Dla innych to już początek, koncentracja sił i energii, pakowanie, rozpisywanie, psychiczne ładowanie baterii, czy rozwiązywanie pierwszych zadań. Rześki powiew budzi mnie z letargu i pcha do działania, do przebiegnięcia ostatniej prostej. Ubrania na jutro przygotowane, synek wykąpany w łóżku, wyczekana chwila dla siebie. Na bieganie jestem za leniwa, na ćwiczenia tym bardziej, spokojna, choć chłodna woda w jeziorze, tworząca nieruchomą taflę lustra, zaprasza… Tak, to mój czas, idę.

Jak to ja, drepczę na plażę i już zastanawiam się, na ile mi dzisiaj starczy sił. Staram się nie narzucać z góry zbyt ambitnych celów, jednak sama myśl o poddaniu się zbyt wcześnie sprawia, że nakręcam się mobilizująco. Wchodzę do wody, oddycham głęboko i kieruję myśli na cokolwiek, byle nie na temperaturę. Dochodzę do miejsca, gdzie woda przykrywa mi ramiona, głęboki oddech i zaczynam płynąć. Oddycham spokojnie, licznik odległości uruchamia się automatycznie, rozkoszuję się widokami wokół jeziora i płynę. Spokój, cisza, jedynie ważki przelatujące mi nad głową oraz wyskakujące nad poziom wody ryby, przerywają ciszę. Metry mijają, zaczynam cieszyć się chwilą, czasem, który egoistycznie wyrwałam tego dnia tylko dla siebie. Niesamowite uczucie. Szczęśliwa z posiadania cudownej rodziny, uwielbiam moje chwile samotności, kiedy mogę pogrążyć się we własnych myślach i oddać się chwili. Czy wolałabym dzielić tę chwilę z kimś bliskim? Chyba jednak nie. To czas, kiedy mogę uporządkować swoją głowę, przygotować się na następne, omówić ze sobą to, co we mnie drga. Taka wewnętrzna dyskusja, oczyszczająca jak spotkanie z psychologiem. Płynę…

Jak już wiecie, uwielbiam czytać książki. Czasem mam na nie mniej, czasem więcej czasu, ale staram się czytać. Teraz, kiedy mieszkam w Szwecji, staram się być wobec siebie sprawiedliwa i czytam na przemian, raz po polsku, raz po szwedzku. Chcę zarówno pielęgnować język ojczysty, jak i doskonalić ten, którym posługuję się tutaj. Przeczytałam niedawno książkę „Jeden z nas”, poświęconą masakrze na norweskiej wyspie Utoya. Wstrząsnęła mną bardzo. Relacje świadków, którym udało się przeżyć, na długo pozostaną w mojej głowie. Niestety. Jest to rzetelna opowieść zarówno o życiu i motywach sprawcy, jak i hołd oddany ofiarom. Dlaczego o tym piszę?

Płynę… Rozglądam się i widzę las i małe domki dookoła jeziora. Przyglądam się i staje mi przed oczami obraz wyspy Utoya. Równie spokojna, wyciszona, tętniąca życiem w momencie organizowania tam spotkań. Płynę w chłodnej wodzie i myślę o tych, którzy próbowali się w niej ratować, ukryć wśród skał, bądź odpłynąć możliwie najdalej. Płynę i zastanawiam się, jak człowiek reaguje w chwili, kiedy wie, że na szali jest walka o życie… swoje lub innych… Płynę i myślę o własnych granicach wytrzymałości… Wiem, że teraz, kiedy braknie mi sił, mogę zwyczajnie stanąć i wyjść na brzeg. W momencie zagrożenia, w poczuciu strachu i walki o przeżycie, chcemy pewnie oddalić się maksymalnie, jednocześnie pozbywając się gruntu pod nogami… Tragiczne wybory, które niejednokrotnie nie mają szczęśliwego zakończenia… Rozmyślam, a czas leci…

Już jestem zadowolona, bo osiągnęłam już wyznaczone sobie minimum na dzisiaj: 10 długości (jedna długość to 30 metrów). Ja właśnie pokonałam 33… Czuję siłę. Wieczór, nikt mi nie przeszkadza, nie muszę się spieszyć, wstydu przed samą sobą już nie ma. Nie, nie wracam, jest siła i ochota, płynę dalej. Czuję jednak, że coś jest inaczej. Czuję się trochę nieswojo i rozglądam się… Nieruchoma tafla wody i nic podejrzanego nie widać. Nawracam i widzę coś, co unosi się na powierzchni wody. Płynę i obserwuję obiekt. Ryba? Nie, nie tyle czasu nad wodą. Myśli kłebią sie w poszukiwaniu logicznego wyjaśnienia, jednocześnie odrzucając to, co niepokoi najbardziej. Płyniemy trzy metry od siebie, obserwując się pewnie wzajemnie. Trudno, skręcam w kierunku brzegu. Mogłabym stanąć i spojrzeć na obiekt z góry, upewniając się w tym, co widzę. Z tyłu głowy jednak uaktywniona pani ambitna zamierza wykorzystać każdy metr w wodzie, nawet jeśli płynę w kierunku brzegu. Oddalam się, ale wciąż obserwuję. Nie wiem, czy to żmija, zaskroniec, czy wąż, pewne jest jedyne to, że to coś, co pełza. Zbliżam się do pomostu, przystaję, widzę, jak to coś wpływa w trzciny. Zła na siebie, że muszę przerwać, uspokajam na chwilę myśli. Przecież to ja jestem duża, to ja jestem zagrożeniem, jeśli teraz wyjdę z wody, to będę się za każdym razem bała do niej wrócić… Nie, nie poddam się bez walki. Wracam na tor… Ostrożnie, wciąż obserwując okolicę, płynę znowu… Mój spokój został zachwiany, ale wmawiam sobie, że zagrożenia nie było, bo co mogło mi się stać? Nie chcę myśleć, że to lekkomyślność, raczej przekonuję sama siebie, że zwalczyłam w sobie kolejną fobię… Płynę więc dalej, tylko moje oczy rozbiegane wypatrują mimo chodem kolejnych obiektów. Uspokajam się…

Upajam się na nowo chwilą, myśli przeskakują z tematu na temat. Myślę o tym, jak zmieniło się moje życie. Myślę o drodze, którą przeszłam, by znaleźć się tu, gdzie jestem. Wiem, jak bardzo kręta droga jeszcze przede mną. Myślę o kolejnych zmianach, w trakcie których jestem i o mojej wierze w to, że idę w dobrym kierunku. Tak, niezachwianie wierzę, że dokonuję dobrych wyborów. Wierzę swojej intuicji, w końcu doprowadziła mnie tutaj, do miejsca, gdzie czuję się zwyczajnie wolna…

Płynę i znowu czuję niepewność. Nie, tylko nie ten sam pełzający zwierz, proszę! Nie chcę jeszcze się poddać. Przecież wyznaczyłam sobie nowy cel na dzisiaj! Kiedy w 2006 roku pracowałam nad powrotem do formy, chodziłam na basen. Doszłam do momentu, że przepływałam 100 długości basenu, czyli 2500 metrów. Tak, fajnie byłoby pokonać ten dystans dzisiaj, mimo, że to był mój cel do osiągnięcia tego lata. Czuję siłę, wiem, że mogę to zrobić dzisiaj! Tylko znowu coś mnie obserwuje… Spokojnie nawracam i już wiem. Tym razem to nie pełzający stwór. To większe zwierzę, choć bardziej urokliwe. Łypie okiem w moim kierunku i patrzy, czy go nie staranuję… Oddycham z ulgą, choć wcale nie czuję błogiego spokoju. Czarna kaczka. Upodobała sobie właśnie miejsce w pobliżu mojego toru. Kiedy ją widzę, uśmiecham się. Jesteśmy może dwa metry od siebie. Kiedy jestem w najbliższym punkcie, znika… Nurkuje, a ja tracę kontrolę. Myślałam, że kaczki zanurzają się na chwilę. Nic bardziej mylnego. Znikają w otchłani na dość długi czas. I nie, żebym tak bardzo tęskniła, ale myśl o wynurzającej się kaczce przy moim uchu, czy pod moim brzuchem, przyprawia mnie o dreszcze i wiem już, że panika jest blisko. Tym razem nawet nie przychodzi mi do głowy przerwanie pływania. Kontynuuję, obserwując ptaka i za każdym razem zbliżając się do niego, rozmawiam z nim. Szczęście, że mieszkamy na uboczu, bo gdyby trafił się jakiś przypadkowy gap, mógłby posądzać mnie o postradanie zmysłów, czy brak jednej z klepek… Zarówno kaczka, jak i ja, jesteśmy uparte. Żadna z nas nie chce się poddać i oddać terenu drugiej. Uparcie każda robi swoje. Ja pokonuję kolejne metry dystansu i witam się z nią przy każdym zbliżeniu, ona natomiast odpowiada za każdym razem nurkowaniem w głębinie. Taka nasza swoista rozmowa. Obie czujemy swoją siłę, respektując równocześnie przeciwnika. I tak przy kibicowaniu ptaka dochodzę na dystansu 2500 metrów. To już? Cel tego lata osiągnięty? Fajnie, ale wciąż czuję niedosyt. W końcu na basenie robiłam wtedy 100 długości. Jeśli teraz też zrobię setkę, przepłynę 3000 metrów… Nowy rekord życiowy kusi…

Spoglądam w stronę domu i widzę synka, który powinien dawno spać, a zamiast tego siedzi przy oknie i wypatruje mamy. No nie, przecież rano wstaje do przedszkola, dochodzi 22, a on na nogach… Płynę walcząc w głowie z uaktywnioną właśnie opcją matki kwoki. Logicznie przekonuję sama siebie, że krzywda Mu się nie dzieje, że jest w pokoju z tatą, który przecież równie dobrze wie, jak zaopiekować się malcem. Oczywiście, że uważam, że nikt prócz mnie nie zrobi tego lepiej, ale czasem trzeba dać możliwość wykazania się drugiemu rodzicowi. Szczególnie w takiej chwili… Wbrew sobie i kwoczej naturze, płynę dalej. Próbuję uspokoić myśli i skoncentrować się na kontakcie z naturą, oddać się kontemplacji, jednak dzisiejsze bliskie spotkania oraz przyklejona do szyby twarz chłopca nie pozwalają na całkowity spokój. Dopływam do celu 3000 metrów i wracam na brzeg.

Zimno. Biorę ręcznik, spoglądam w otchłań i zaczynam płakać. Zrobiłam to! Nie planując tego dzisiaj, osiągnęłam swój cel, a nawet więcej niż chciałam! To tylko moje małe zwycięztwo, mój mały krok do pokonania swoich barier, a czuję się chyba, jakbym zdobyła olimpijskie złoto. Chyba właśnie dzięki okolicznościom, dzięki pokonaniu lęku przed pełzakiem, czy nawet bliskości z kwoką… Ukochana woda, widok setki ważek spoczywająch na liściu lilji wodnej, ryby przepływające pode mną… Najpiękniejsza bliskość natury…

Każdy z nas ma coś, co sprawia mu taką radość. Pomyślmy o tym i próbujmy docenić to, że to mamy. Nie to, że udało mi się tyle przepłynąć jest najpiękniejsze. To droga, która doprowadza mnie do kolejnego celu sprawia, że czuję się wyjątkowo. W końcu nie na tym rzecz polega, by złapać króliczka, tylko na tym, żeby go gonić, czyż nie?

3 odpowiedzi do “Pływać każdy może…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *