Tańczące w truskawkach

Niedziela, 10 czerwca 2018 roku

Życie jest jak truskawka. Raz kwaśne, niedojrzałe, blade, tęskniące za rozpalonym słońcem, innym razem słodkie i soczyste, zaspokajające nasz apetyt jednocześnie doprowadzając nas do ochoty na więcej i więcej. Jeszcze innym razem, mimo słodyczy, problemy zagnieżdżają się w nas niczym truskawkowe pestki w szczelinach zębowych i nie pozwalają nam się cieszyć cudowną przecież esencją życia, niczym truskawkowym koktajlem i jego eksplozją smaków.

Czy znacie kogoś, kto nie lubi truskawek? Ja osobiście nie, ale pewnie znajdą się i tacy. W końcu jesteśmy różnymi ludźmi, ze swoimi upodobaniami, różnym doświadczeniem życiowym, innymi wspomnieniami. I dlatego właśnie świat jest taki piękny… Ponieważ sezon truskawkowy dotarł już nawet tutaj, do Szwecji, postanowiłam podzielić się swoim ulubionym letnim wspomnieniem, powiązanym z tą rośliną jagodową.

Od najmłodszych lat, część wakacji spędzałam na wsi. Mieszkali tam rodzice i rodzeństwo mojej mamy. Mieli gospodarstwo rolne, zajmujące się zarówno uprawą roślin, jak i hodowlą zwierząt. Obcowanie z końmi, krowami, świniami, kurami, kaczkami czy gęsiami, psem i kotem, wypełniały szczelnie dni i wyciszały mnie. Chodzenie po sadzie i smakowanie owoców, uszczęśliwiały mnie i zaspokajały mój wiecznie wilczy apetyt. Jednak to, co przyprawiało mnie o szybsze bicie serca ze szczęścia, to było polowanie na truskawki. Nigdy nie miałam ich dosyć. Żadna ilość nie przerażała. Babcia nie miała nic przeciwko, wciąż przybiegałam z pełnym kubkiem i gniotłam ze śmietaną czy cukrem. Nie trzeba było miksować. Widelec wystarczał. Nadal, po tylu latach, jest to mój ulubiony sposób na jedzenie truskawek. I jeśli się dłużej zastanowię, to chyba nie istnieje dla mnie smaczniejszy deser. Nawet moje ulubione lody przegrywają, jeśli trafią się świeże, soczyste, pachnące truskawki…

Pewnego dnia, prawdopodobnie była to niedziela, razem z rodzicami wybraliśmy się w odwiedziny na wieś. Nikogo nie trzeba było namawiać. Tata cieszył się na samą myśl o zjedzeniu żurku babci. Wszyscy go uwielbialiśmy, tata nigdy na jednym talerzu zupy nie kończył (wcale mu się nie dziwię teraz, sama pewnie obecnie nie oparłabym się dokładce). Ja i moje siostry cieszyłyśmy się najbardziej na myśl o zwierzętach. Z ciekawością obchodziłyśmy każdy kąt, czy to obory, chlewiku czy kurnika, by potem biegać po polach, ogrodzie czy sadzie. Intensywność zapachów, kolorów i smaków doprowadzała nas, mieszczuchów, do rumieńców na twarzy.

Pamiętam moje dwie młodsze siostry, które z zainteresowaniem wparowały w plantację truskawek. Na kolanach zaglądały pod każdy listek w poszukiwaniu dojrzałych skarbów. Nie poddawały się przez jakiś czas, z nadzieją wyszukując barw choć odrobinę zbliżonych do czerwieni. Każdy ma jednak granice cierpliwości, również dwa małe brzdące tak stęsknione truskawek. Nie do końca rozumiejące, dlaczego truskawki są białe i twarde, przybiegły do domu z prośbą o wyjaśnienie sytuacji. Babcia, bardzo spokojnie i cierpliwie, wytłumaczyła, że potrzeba czasu, że słońce musi przytulać je trochę, by nabrały rumieńców i że jeśli wystarczająco długo poczekają, to truskawki będą słodkie i miękkie…

Dziewczynki zniknęły, a każdy wrócił do wcześniejszego zajęcia. Nie pamiętam, co robiłam. Pamiętam za to, jak po upływie jakiegoś czasu wszyscy się zastanawialiśmy, gdzie maluchy się schowały albo co broją, bo ich nie słychać. Nie, nie było paniki, biegania, czy nerwowych pokrzykiwań. To były inne czasy, nie było tak rozwiniętej manii kontroli wszystkich i wszystkiego. Cudowne czasy bez telefonów komórkowych. Zadanie odnalezienia trzpiotek padło na mnie. Zaglądałam więc to tu, to tam, wciąż jednak spokojna. Daleko nie mogły pójść. U babci się zwyczajnie nie uciekało. Nie było potrzeby.

Dotarłam w końcu na plantację truskawek. Zatrzymałam się i zaniemówiłam. Wśród krzaczków, na dwóch małych stołkach, siedziały dwa brzdące i gapiły się na coś. Nie mogłam pojąć, o co chodzi. Siedziały bez ruchu, cierpliwe jak nigdy. Uśmiechnięte, choć trochę znużone. Spodziewałam się jakiejś żywej reakcji na mój widok, zastałam jednak tylko ciszę. Ja takich pokładów cierpliwości nie miałam. Zapytałam je, dlaczego tam siedzą. I usłyszałam jedną z nich, przy całkowitej aprobacie drugiej, że czekają, aż słońce przytuli truskawki, by nabrały rumieńców, a one mogły je zerwać… Jakże ciężko było im wytłumaczyć, że tego dnia dojrzałych truskawek nie będzie. Przecież słońce grzeje, jest gorąco, a babcia mówiła… Te dwie zawiedzione twarze, ze spuszczonymi oczami, kiedy prowadziłam je do domu, pozostaną w mojej głowie. Siostry, pamiętacie? Ja wciąż tak…

Cieszcie się truskawkami, dopóki trwa sezon. Takich ilości, jak w dzieciństwie, już nie pochłaniam. Pewnie dlatego, że tutaj nie mam dostępu do babcinych truskawek. Nigdy nie było lepszych, jak zerwane tam własnoręcznie. Mój ukochany smak dzieciństwa…

Smacznego!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *