A po nocy przychodzi dzień…

Niedziela, 3 czerwca 2018 roku

Czy zastanawialiście się kiedyś, co Was najbardziej rozbija? Co powoduje, że uchodzi z Was powietrze, tracicie energię i ciężko Wam znaleźć argumenty, że wciąż warto dostrzegać jasne strony otaczającego Was świata? Co sprawia, że dni tracą swoje barwy, upodobniając się do ciemnych nocy?

Ja już się nie zastanawiam. Ja to wiem. To, co wyzwala we mnie bezsilność, to kompletne rozczarowanie drugim człowiekiem. Oczywiście zdarza się niezgodność charakterów, różnice w opiniach, inny pogląd na świat. Ja mówię o zupełnie czymś innym. Mówię o uczuciu, kiedy jestem przekonana, że kogoś znam, że pojawia się myśl o przyjaźni na lata, że otwieram się coraz bardziej i jestem gotowa poświęcić wiele i wówczas, w najmniej oczekiwanym momencie następuje zwrot, przysłowiowy kopniak w tyłek czy nóż wbity z premedytacją w plecy. Ten moment, kiedy człowiek nie wierzy, że to się dzieje naprawdę. Chwila, kiedy jednocześnie wybucha złość, że znowu okazałam się naiwna, że uwierzyłam w kogoś całym sercem oraz bezsilność i uczucie porażki.

Tak, wiem, bywają takie chwile w życiu, na szczęście przytrafiły mi się tylko kilka razy, jednak za każdym razem ranią równie mocno. Ja wciąż chcę wierzyć w ludzi, dla mnie z natury są dobrzy. Nie chcę patrzeć na świat oczami podejrzliwego pesymisty. Naiwnie wierzę, że każdy ma w sobie pokłady dobra, które czasem tak trudno jest wydobyć. Nie skreślam osoby po pierwszym potknięciu, kiedy jednak pomimo kilku szans osoba zawodzi w podobny sposób, wykreślam z życia bezpowrotnie. Niestety należę do osób, które nie zapominają…

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ mam za sobą trudny okres, w którym moje pokłady optymizmu i wiary schowały się bardzo głęboko i zgubiłam klucz do bramy do drogi powrotnej.  To dlatego miałam przerwę w pisaniu bloga. Ciemne myśli za bardzo przesłaniały mi mój punkt widzenia, a nie chciałam nikogo obciążać swoimi ciężkimi myślami. Ciężko było mi dostrzec barwy otaczającego nas świata. Przez kilka miesięcy walczyłam każdego dnia, sama ze sobą, usiłując trwać dla najbliższych. Jeśli nie popadłam w depresję, to byłam jej bardzo bliska. Rozczarowanie bliską mi osobą przy jednoczesnej niepewności zawodowej zarówno mojej, jak i współmałżonka, skutecznie pozbawiło mnie radości życia. Ja, która ma w głowie plan na cały nadchodzący tydzień, która zawsze wieczorem układa ubrania na następny dzień, nagle stanęłam w sytuacji niepewności na najbliższe miesiące… Mąż wspierał mnie, jak potrafił, jednak nie znalazł metody na wyciągnięcie mnie z dołka. A ja, mimo zdawania sobie doskonale sprawy z tego, że to strasznie głupie, zajadałam emocje, pochłaniając niemalże codziennie swoje ukochane lody, uzależniając się od słodkiego kopniaka coraz bardziej. Sama spychałam się w ten sposób coraz niżej, zapętlając się w pułapkę negatywnego myślenia.

I przyszedł marzec. Mój zdeterminowany mąż postanowił zaskoczyć mnie spóźnionym prezentem urodzinowym. Nie pytając mnie o zdanie, kupił mi narty biegowe i buty. Nigdy wcześniej nie biegałam na nartach, nie miał więc zielonego pojęcia czy prezent okaże się strzałem w dziesiątkę, czy trafi bardziej jak kulą w płot. On jeździ, synek jeździ, pozostałam tylko ja….


Najpierw pomyślałam, że to zupełnie szalony pomysł, że pewnie się do tego nie nadaję. Ale to była pierwsza sekunda. Już w drugiej zakładałam buty i narty, bo koniecznie chciałam spróbować od razu. Doznałam olśnienia. Pomyślałam, że skoro już są narty, to trzeba z nich zrobić użytek. Jeśli nie spróbuję się tym cieszyć, to co mi pomoże? I w tym momencie postanowiłam zawalczyć. Jeśli teraz, razem z nartami, nie spróbuję się podnieść z letargu, to sama już nie dam rady. Dałam sobie ostatnią szansę, jednocześnie wkładając całe serce, by ją wykorzystać należycie.


I wiecie co? Mimo kłopotów z balansem, z kondycją, z umiejętnościami, zakochałam się w biegówkach. Śnieg leżał do kwietnia, więc miałam okazję troszkę poćwiczyć, ale już wiem, że w przyszłym sezonie zakładam narty przy pierwszych pojawiających się możliwościach, najpierw na przygotowywanych trasach, a potem już w naturze, jeśli w przyszłym roku aura rozpieści nas podobną zimą i śniegiem od grudnia do kwietnia. I tak dzięki pomysłowi męża powoli budziłam się do życia. Mobilizowałam się do większego działania. Skończyłam z lodami, skupiając uwagę na dobrej książce, aktywności i lepszemu jedzeniu. Nie, absolutnie nie chodziło mi o odchudzanie, bo wbrew myśleniu niektórych, ja bez względu na ciężar ciała, czuję pełną akceptację w oczach męża, jak i swoich. Ja zwyczajnie się lubię, pod warunkiem jednak, że żadna przyciemniona soczewka nie przesłania mi obrazu świata. Jednak przy zmianie trybu życia, efektem ubocznym jest spadek wagi, co tylko potęguje mobilizację na co dzień.


Po cudownie zakończonej zimie prawie natychmiast przyszło lato. W kwietniu myślałam, że zmieniły mi się upodobania i zima jest teraz moją ulubioną porą roku. Dzisiaj jednak, kiedy codziennie wskakuję do jeziora, zgodnie z własnym znakiem zodiaku (wodnik), już myślę inaczej. Mam dwie ulubione pory roku… A tak zwyczajnie, to cały rok może być genialny, jeśli tylko nauczymy się znajdywać pozytywy każdego dnia…

Urszula śpiewała:

„…A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój

Nagle ptaki budzą mnie, tłukąc się do okien…”  

I tak jest zbudowany ten nasz świat. Pamiętajcie, zawsze znajdzie się powód, by spojrzeć na świat inaczej, lepiej. Nieważne, czy narty, czy kwiaty, czy słońce mrugnie do nas okiem. Zatrzymajmy się na chwilę, skupmy swoje myśli na sobie i pozwólmy dojść do głosu nawet najmniejszej radości. Nawet jeśli jest maleńka, dzięki skupieniu naszej uwagi na niej, otworzy nam drogę do słoneczniejszego jutra. Dbajmy o swoje samopoczucie, bo każdy ma problemy, ważne tylko, jak nauczymy się je przezwyciężać. 

I jeszcze na koniec symbolicznie do niedawno obchodzonego w Polsce Dnia Dziecka…. Absolutnie nie ignoruję tego dnia. Kupiłam drobiazg dla synka, który rozpakowaliśmy razem i pomógł nam się cieszyć wspólnym weekendem. Nie o prezent tu chodzi, ale właśnie o ten wspólny czas. To oczywiste, że kocham synka najbardziej na świecie i przychyliłabym Mu nieba, że marzę o tym, by mądrze szedł przez świat, uczył się na własnych błędach i potrafił żyć w zgodzie ze swoim sercem. Tu, w Szwecji, 1 czerwca nie ma Dzień Dziecka. Mam wrażenie jednak, że tutaj myśli się o dzieciach każdego dnia. Przekonuję się codziennie, że nikt nie patrzy na dzieci w infantylny sposób. Tu dziecko ma takie same prawa jak dorosły, patrzy się na Niego jak na człowieka, a nie na dziecko, które nie ma głosu.  I tego życzę wszystkim dzieciom na całym świecie… Każdy zasługuje na szczęśliwe życie…

Ps. Tekst dedykuję osobom, którym właśnie nie jest łatwo lub które zmierzają się właśnie z depresją. Ja wiedziałam, że jeśli przy ostatniej próbie nie uda mi się podnieść, to poproszę o pomoc. Nie bójmy się po nią sięgać. Nikt nie powinien być z tym sam. Jednocześnie patrzmy dookoła siebie z uwagą. Może właśnie jest gdzieś ktoś, kto potrzebuje takowej pomocy…

6 odpowiedzi do “A po nocy przychodzi dzień…”

  1. W razie W… mam rolki..hihi .Jeszcze mam stracha, ale może przyjdzie taki czas ,że ruszę . Kocham Cię Ewcia❤ .Taka jesteś młoda ,a tyle masz w sobie MĄDROŚCI 😘😍

    1. Już nie taka młoda 😜
      Dziękuję po stokroć! Mój „sąsiad”, 50 na karku, właśnie założył kask i wrócił do jazdy na deskorolce i cieszy się tym jak dziecko! Kto nam broni? Łapmy to życie… 😍

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *