Z dziennika OchEwci: nie ma dymu bez ognia

Tym, którzy mnie osobiście nie znają winna jestem więcej przykładów na to, że zastosowanie ”Och, Ewcia!” w nazwie bloga jest uzasadnione. Obiecałam sobie więc, że kiedy mnie najdzie dzień, gdy dobitnie przypomnę sobie, dlaczego właśnie tak jest, to podzielę się tym z Wami natychmiast. Takowym mały opis wczorajszego poranka.

Brzęczy. A raczej dudni mój najdelikatniejszy z możliwych wybranych budzików w telefonie. Zazwyczaj delikatnie wybudza mnie z objęć Orfeusza i stawia na nogi. Tym razem dźwięk nachalnie świdruje mi dziurę w głowie wyrywając mnie z najsłodszego snu i doprowadzając do spazmatycznego wyskoku z łóżka z jednoczesnym polowaniem na telefon, by nie zbudzić reszty rodziny. 5.30. Za krótko, za szybko, niesprawiedliwie niewyspana i zmęczona samym spojrzeniem na zegarek. No trudno, nie ma litości. Poranek czas zacząć.

Ogarniam siebie, potem dziecko, które dziwnym trafem jest równie zmęczone jak ja. Śniadanie jemy już we trójkę, gdyż szanowny małżonek dostaje tików nerwowych, kiedy słyszy setny raz, że śniadanie na stole, poddaje się więc rytuałowi bez walki, widząc, że szarpię się sama ze sobą. Chyba woli nie stanąć mi na drodze do kolejnej katastrofy.

Na dworze zima, chwilowa zmiana pogody z mrozów na neutralne 0, jednak porywisty wiatr przypomina, by dobrze otulić wszystkie członki, nawet jeśli jest to tylko droga do samochodu. Kozaki, szaliki, kurtki, czapki, kiedy wreszcie wszyscy w biegach startowych zmierzają do drzwi, słyszalne jest coś, dziwnie blisko, dźwięk, który najpierw dziwi, a potem doprowadza do furii. To zamek w mojej ulubionej zimowej kurtce, która osłania mnie od czubka głowy po kolana. Zbuntował się cholernik i właśnie postanowił się zepsuć. Tak, to ze starości (kurtka ma aż dwa lata!). No przecież nie może mieć znaczenia jakiś kilogram tu czy tam. No bez przesady. I jeszcze z takimi myślami takiego poranka? Nie ma mowy! To ze starości i koniec.

Szybka ocena sytuacji. Dzieciak już prawie zgrzany, rozbierać, przebierać, zaczynać od nowa? Nie, nie ma szans. Idziemy do samochodu i pakujemy malucha, niech chociaż On siedzi wygodnie i chwilę poczeka. Szanowny małżonek wzdycha na moją prośbę o pomoc- przecież jest niezastąpiony we wszystkim, to co, nie da rady? Idzie po lodzie balansując ciałem, by nie paść jak kłoda. Podchodzi do mnie i stwierdza, że w tych ciemnościach nic nie widać, że przecież jadę samochodem do pracy i z pracy, wytrzymam do wieczora, a wtedy popatrzymy. Bez spojrzenia w lustro wiem, że wyglądam jag napompowany nietoperz, bo zamek rozpięty od dołu i od góry przepasa mnie tylko po środku, podkreślając coś, co kiedyś może było talią. Czy ja jestem w stanie zaakceptować porzucenie koncepcji? Wzdycham jeszcze głośniej i wracam do domu. Pędzi biedak za mną i pomaga uwolnić mi się z kaftana bezpieczeństwa, którym chwilowo stała się moja ulubiona przecież kurtka. I co, szukać innej? Zimowej? W starą nie wejdę, lekkiego płaszczyka nie założę, bo już wystarczająco jestem inna. Łapię w biegu kurtkę męża i lecę… Chwilowe ogarnięcie sytuacji.

Przedszkole, udało się nie wywinąć orła na oblodzonym parkingu, jeszcze tylko dojechać do pracy i już z górki. No bo co dziwnego może mnie tam spotkać? Komputer się zawiesi? Toner się skończy? Jeszcze 10 km i będę bezpieczna.

Jestem w pracy. Porzucam zimowe atrybuty, włączam komputer i biegnę po kawę. Dawka kofeiny i wracam na właściwe tory. Godzina mija i zapominam o porannych skokach ciśnienia. Błąd. Teraz już wiem. Czujność została uśpiona.

Muszę wspomnieć na marginesie, że tutejsze myślenie o innych ludziach we wszelakich miejscach publicznych zawsze robiło na mnie wrażenie. I tak zapraszając na kontrolę do lekarza, już na powiadomieniu przypominają, by nie używać perfum ani mocno zapachowych środków czystości, ze względu na wyczulonych na takowe aromaty. Przedszkole, szkoła, praca, niepisana zasada o wstrzemięźliwość. Popieram. Nie raz zdarzyło się przecież niemal omdleć w autobusie latem wracając ze szkoły, gdy jakaś dama spryskała się Opium, które mieszało się z potem przygniecionych pasażerów wtłoczonych na siłę do pojazdu. Upał, brak dostępu do świeżego powietrza i oczekiwanie, czy czasem ktoś nie wypuści z siebie przysłowiowego kolorowego pawia…

W każdym razie u mnie w pracy jest podobnie, ze względu na nadwrażliwość pracownicy na wszelkie zapachy, nie stosujemy środków chemicznych, które nie są niezbędne. I tak w toalecie, kiedy potrzebujemy pozbyć się mało eleganckich aromatów, wystarczy podpalić i zgasić zapałkę. Trochę czasu mi zajęło, zanim pojęłam o co chodzi, ale muszę przyznać, że to działa. I teraz wracam do mojego poranka.   

Otóż po godzinie w pracy wylądowałam w toalecie. Wszystko przebiegło bez problemów, choć wiedza, że za ścianą siedzi dyrektor, nie ułatwiała sprawy. Pozostało podpalić zapałkę. Biorę pierwszą, główka zapałki po próbie odpalenia wpada do umywalki. Mam jeszcze dwie. Teraz się uda. Biorę drugą, bardziej zdecydowanym ruchem próbuję podpalić. Dziwnym trafem zapałka w podobny sposób traci główkę, z tą różnicą, że słyszałam syczenie. Tylko gdzie jest główka? W sekundzie stanął mi obraz podpalonej toalety i sama do siebie się śmieję przeganiając głupie myśli. No brakuje jeszcze tylko, żebym ja też straciła głowę. Już miałam łapać za trzecią zapałkę, kiedy kątem oka coś przykuło moją uwagę w lustrze. Jeszcze raz. Otwieram szerzej oczy i… Palę się! Cholera, wody! Moje włosy się palą! Skaczę z jednej nogi na drugą, potrząsając energicznie głową, żeby pozbyć się palącej cząstki. Chyba gdzieś spada, ja skaczę dalej równocześnie odkręcając wodę i gasząc płomień na włosach. Nie zapominam przy tym, że w tym stonowanym emocjonalnie kraju nie wypada krzyczeć, więc bezgłośnie krzyczę sama do siebie próbując opanować sytuację. Udaje mi się ugasić pożar bez pomocy gaśnicy (której notabene nie ma w toalecie, więc musiałabym wybiec po nią na korytarz, urządzając kolejną sensację na skalę zmian klimatycznych na świecie). Sto razy sprawdzam, czy już żaden włos nie żarzy się, dla pewności podskakuję jeszcze wielokrotnie wytrząsając się na wszystkie strony, jakbym zwyczajnie nie mogła obejrzeć się w lustrze, czy żaden element ubrania nie płonie. Chyba bałam się, co jeszcze zobaczę…

Szczęściem w nieszczęściu spłonęło mi trochę włosów od spodu, a ponieważ nigdy nie mogłam narzekać na ich grubość i gęstość, efekty samozapłonu nie są widoczne. Śmierdzę natomiast jak opalana nad kuchenką kaczka przez cały dzień. Widok z dzieciństwa mamy opalającej ptaka zagościł na dobre przy mnie tego dnia.  Jeszcze tylko musiałam zmagać się z gwałtownymi napadami śmiechu, na samą myśl o mnie samej, by współpracownicy w pracy nie odwieźli mnie do szpitala. Oni jeszcze takiej mnie nie znają. Niech tak pozostanie.

Całe szczęście, że to był ostatni splot niefortunnych wydarzeń tego dnia (jazda wieczorna samochodem po całkowicie oblodzonej i nie zabezpieczonej drodze nie równa się emocjonalnie z porannym tańcem).

Wieczorem  usiadłam na łóżku, pokiwałam głową i westchnęłam… Och, Ewcia!

P.S. Zdjęcie zrobione już po akcji, więc szczęśliwie wciąż jest co czesać…

13 odpowiedzi do “Z dziennika OchEwci: nie ma dymu bez ognia”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *