Kiedy nałóg jest zaletą

Czuję się szczęściarą. Nie, nie będę pisać o mieszkaniu nad jeziorem, o spełnianiu marzeń, czy o rodzinie. Czuję się dobrze, bo spotkałam na swojej drodze ludzi, którzy wprowadzili mnie w świat książek: w magiczne miejsce dla treningu wyobraźni i wyostrzania zmysłów. Pamiętacie swoje początki? Ja tak…

Pierwsza sytuacja związana z czytaniem, którą pamiętam, to zadanie w przedszkolu polegające na samodzielnym przeczytaniu zagadki i odpowiedź na nią. Pamiętam tą ekscytację, skupienie i zdziwienie, kiedy pierwsza podniosłam rękę a potem czekając, aż zrobią to pozostali. Może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że byłam przesunięta do grupy starszaków z młodszej grupy, więc teoretycznie powinnam być trochę z tyłu. Tu więc powinnam podziękować, tylko nie do końca wiem, komu. Pewnie starsze siostry i rodzice przyłożyli do tego swoje ręce, niestety tego akurat nie pamiętam. W każdym razie dziękuję… Niby zwyczajna przedszkolna sytuacja, ale wyryła się w mojej głowie wyraźnie. Zmobilizowała mnie do dalszych starań. Po ukończeniu przedszkola, zaglądałam tam bardzo często. Odwiedzałam moje ulubione panie: Ewę i Marylkę i z nieskrywaną dumą siadałam wśród dzieci i czytałam im. Panie miały chwilę spokoju, ja trenowałam czytanie no i miałam swoich słuchaczy, którzy też nie narzekali…

W szkole natomiast odkryto przede mną najcudowniejsze miejsce, gdzie mogłam buszować wśród regałów, dotykać, przeglądać, wybierać, aż wreszcie czytać książki, na które tylko miałam ochotę. Oczywiście nikogo nie zdziwi, że „Dzieci z Bullerbyn” oczarowały mnie całkowicie. Przygody dzieciaków z małej osady na południu Szwecji, czerwone domki, imiona, które były inne od naszych… Przeczytałam tę serię kilkakrotnie, pokochałam Astrid Lindgren, to była również pierwsza książka, którą przeczytałam samodzielnie po szwedzku. Zwyczajnie musiałam. Kiedy przyszedł na świat Jaś, zamówiłam prenumeratę książek dla dzieci tej pisarki. Czytając Mu trenowałam nowy język, a On ma swoją dwujęzyczną biblioteczkę na start. Teraz staramy się dzielić i ja czytam Mu po polsku, a tata po szwedzku. Ja skupiam się na tym, by potrafił porozumieć się z rodziną w Polsce. Nauka pisania po polsku będzie największym wyzwaniem…

Pamiętam, że czasem ciężko mi się było podjąć decyzję, co wybrać. Panie bibliotekarki były zazwyczaj bardzo pomocne, służyły radą i widząc coraz większe zainteresowanie, wyciągały coraz to ciekawsze propozycje. Kiedyś zarekomendowały mi „Opowieść o Ewie” Zbigniewa Brzozowskiego. Zaczęłam ją czytać już w bibliotece i przepadłam. Historia dziewczynki, która ratując życie brata ulega wypadkowi samochodowemu. Czytałam w drodze do domu, sama o mały włos nie wpadając pod samochód. Pamiętam, jak siedziałam w kuchni na podłodze, pod oknem, czytałam, mama gotowała obiad. Czytałam, kiedy jadłam, nie mogłam się zatrzymać. Chyba wówczas po raz pierwszy zupełnie wsiąkłam. Nie pamiętam szczegółów treści, jednak wciąż pamiętam, jak bardzo mnie poruszyła. Płacz, rozpacz, wzruszenie… Pamiętam zdziwienie mamy i próbę pocieszenia mnie, a ja wciąż chciałam czytać, ale historia się skończyła. Wdarło się to wszystko we mnie bardzo głęboko, skoro wciąż to pamiętam. To wtedy zrozumiałam, jaką siłę mają w sobie książki. Jak wielki wpływ mogą na nas wywrzeć…

Inna sprawa, że czytając, człowiek staje się „sprawniejszy” intelektualnie, uczy posługiwania się językiem, wzbogaca słownictwo. Kiedyś, na początku przygody z pisaniem, mieliśmy napisać do szkoły kilka zdań. Nie pamiętam dokładnie tematu, ale chodziło o słonia. Napisałam najpierw na brudno, przeczytałam dwa razy, dałam mamie do sprawdzenia, ale nie musiała nic poprawiać. Przepisałam na czysto. Mama zamilkła, potem pochwaliła mnie i pokazała sąsiadce, która wpadła na chwilę z wizytą. Czułam się zadowolona i spokojna. Czułam, że dobrze mi poszło. Podniecona pobiegłam do szkoły i pierwsza oddałam pracę do sprawdzenia. Jakie było moje rozczarowanie, rozgoryczenie, że pani nie chce ocenić mojej pracy twierdząc, że nie wystawia ocen rodzicom. Nie uwierzyła moim zapewnieniom, że napisałam to sama! Zawiedziona wróciłam do domu. Cieszę się, że nie zabiło to we mnie radości z pisania, że nie zniechęciło mnie do dalszych prób.

Nie wiem, czy pracownicy szkoły zdają sobie do końca sprawę, jak wielki wpływ mogą mieć na ukształtowanie człowieka. Czasem chyba nie. Nawet przykład prowadzenia dziennika klasy, w którym zapisywane były statystyki biblioteczne, można zinterpretować dwojako. Ja byłam dumna z rywalizacji, gdyż czytanie było moją pasją. Jednak osoby, które tego nie lubiły, odczuwały duży stres przy rozliczaniu z ilości przeczytanych książek. No właśnie, przeczytanych… Wiem, że presja powodowała, że niektórzy szli tylko po to, by odhaczyć w zeszycie ilość, nie czytając ich. Chyba lepiej było skoncentrować siły na to, co można zrobić, by zachęcić jednak do zagłębiania się w ten świat, w poszukiwania tematów, które daną osobę mogą zafascynować. Tak, wiem, nie tylko szkoła kształtuje człowieka, jednak patrząc z perspektywy czasu uważam, że ma ogromny wpływ… Potencjał, który jest odpowiednio wykorzystany, może w przyszłości wydać fantastyczne owoce… Ja miałam szczęście spotkać na swojej drodze ludzi, którzy pokierowali mną we właściwą stronę. Jest wiele osób, którym mogłabym dziękować, za wspieranie moich humanistycznych zapędów, nie chciałabym pominąć nikogo. Wszystkim jestem wdzięczna tak samo. Jest jednak Ktoś, kto wciąż jest głęboko w moim sercu, Ktoś, kto otworzył mnie najbardziej na świat liter i kreacji. Ktoś, kto poruszył moją wyobraźnię i zawsze namawiał, bym próbowała robić z niej użytek… Tym Kimś jest Pani Teresa Niedzielska, moja ukochana nauczycielka języka polskiego. Surowa, wymagająca, wyraźnie wskazująca błędy, a jednak mobilizująca do większych starań… Niestety uczyła mnie tylko dwa lata, wystarczyło to jednak do tego, by pamiętać o Niej wciąż po tylu latach… Pani Tereso, może w jakiś sposób to kiedyś do Pani dotrze, dziękuję z całego serca!

Lata mijają, fascynacja czytaniem nie. Zmienia się tylko tematyka książek, tak jak i my przechodzimy przez różne etapy w swoim życiu. Każdy pamięta czas lektur obowiązkowych w szkole, zmuszanie nas do czytania tego, co nie zawsze przemawiało do naszych serc. Jest kilka tytułów, które, mimo że były obowiązkowe, wywarły na mnie ogromne wrażenie. Każdy pewnie takowe ma. Pamiętacie „Medaliony” Zofii Nałkowskiej? Drastyczny obraz dramatu ludzkiego, którego nie sposób wymazać z pamięci. To takie utwory spotęgowały moje zainteresowanie tematem. Co jakiś czas wynajduję nowy tytuł i próbuję zrozumieć, dlaczego to człowiek człowiekowi zgotował ten los. Uważam, że naszym obowiązkiem jest pamiętać, by nie dopuścić do powtórki takich tragedii. Niestety wielu już nie chce pamiętać…

Inną lekturą, która wbrew moim obawom, okazała się fantastyczną powieścią, jest „Zbrodnia i kara” Fiodora Dostojewskiego. Pamiętam, kiedy moja nauczycielka w liceum zwróciła uwagę, że nie wystarczy dobrze pisać, by mieć dobrą ocenę na koniec roku, że trzeba być również aktywnym. Postanowiłam więc przeczytać kolejną wyznaczoną lekturę, bez względu na objętość, właśnie po to, by móc aktywnie uczestniczyć w kolejnej dyskusji. Przeczytałam więc utwór Dostojewskiego i podwójnie zadowolona (po pierwsze powieść wywarła na mnie duże wrażenie, po drugie byłam przygotowana do lekcji) przyszłam do szkoły. Jaka ogarnęła mnie irytacja, kiedy nauczycielka już na samym początku zaznaczyła, że nie mamy czasu na dyskusje i analizy i ona nam podyktuje kilka punktów, o których powinniśmy pamiętać. I jak tu wierzyć w sens czytania lektur, kiedy słyszy się takie słowa? Wielu powie, że wystarczą streszczenia… To nie mobilizuje, to podcina skrzydła. Wątek kryminalistyczny i problemy moralne Raskolnikowa, zbrodnia i jej konsekwencje, dylematy moralne… Niestety nie miałam okazji się wykazać. Wówczas przestało zależeć mi ocenie końcowej. Skupiałam się na pisaniu, ale na niczym więcej. A szkoda…

Inną fascynacją był swego czasu dla mnie John Grisham i jego powieści, na podstawie których powstało wiele filmów. Maniakalnie wyszukiwałam kolejne tytuły i przerabiałam jeden za drugim. Problemem okazało się to, co początkowo było jego atutem- tematyka prawnicza. To, co było ekscytujące, z czasem zaczęło nużyć. Moim błędem było to, że zamiast urozmaicać sobie czytanie różnymi autorami na przemian, kontynuowałam jednego, aż doszłam do momentu, kiedy potrzebowałam zmiany. Grisham wciąż jednak ma swoją półkę w mojej biblioteczce…

Jest jeszcze jedna kategoria książek, po które lubię sięgać. Są to biografie. Lubię czytać o ludziach, którzy zmagali się z różnymi problemami, a jednak udało się im coś osiągnąć. Bez znaczenia, czy jest to złoty medal na olimpiadzie, czy statuetka Grammy, czy pokonanie swoich słabości. Wewnętrzna walka z samym sobą i towarzyszące temu konflikty i radzenie sobie z nimi. Zazwyczaj znajduję kolejne inspiracje, staram się nie oceniać ludzi, a docenić ich siłę i waleczność. Najbardziej ujmuje mnie życie pod prąd, ale zgodnie ze swoimi zasadami. Niepoddawanie się panującej modzie, radzenie sobie z niedopasowaniem do większości. Jest w tym coś magicznego, co sprawia, że człowiek czuje się silniejszy…

Ostatnią biografią, którą przeczytałam jest „Steve Jobs” Waltera Isaacsona. Książka urzekła mnie realizmem, zaskoczyła wielowarstwowością charakteru geniusza komputerowego. Tak, wiem, był strasznym despotą, manipulantem, potrafił być okrutny, daleko mu było do idealnego i wyrozumiałego szefa. Jednak jego wizjonerstwo, wiara w niemożliwe, perfekcjonizm i dusza artysty wyniosła Apple na szczyty. Był skomplikowanym człowiekiem, ale dla mnie jego życiorys jest olbrzymią inspiracją. Wciąż jestem pod wrażeniem i jeszcze bardziej doceniam jego produkty. Film nakręcony na podstawie tej książki nie oddaje połowy emocji, które towarzyszyły mi czytając ją. Wiem, że niezmiernie trudne jest nakręcić film, który dorówna książce, tu się to niestety nie udało. Książkę polecam natomiast wszystkim.

„Alchemika” Paulo Coelho dostałam w prezencie. Tak różny od biografii, a tak życiowy… Czytałam go, kiedy przechodziłam burzę hormonów oczekując na mojego syna. Piękna książka, którą czytałam ponownie na głos przy jego łóżeczku 😊 Tak różne książki, a obie są mi bliskie. Uważam, że warto pozostać otwartym na wszelkie tematy, a kosmiczny wybór, jaki mamy w księgarniach i bibliotekach, pozwala na zagłębianie się w tajniki interesujących nas dziedzin. Ważne tylko, by wciąż sięgać po kolejne… I proszę, niech nie będą to tylko poradniki, jak pięknie, modnie, zdrowo, sportowo czy przebojowo żyć…

Jest jeszcze jedna sytuacją, którą pragnę opisać, a która wiąże się ze specjalną dla wielu księgą. BIBLIA.

Biblia towarzyszy wielu, jest pewnie w wielu domach. Zaglądamy do niej czasem, a czasem towarzyszy nam w najważniejszych wydarzeniach w ciągu całego życia. Tak się ułożyło, że przy moich przeprowadzkach, nie dorobiłam się własnego egzemplarza. Do czasu. Te Święta Bożego Narodzenia okazały się wyjątkowe również w tym aspekcie. Otóż mój mąż przywiózł w prezencie od swojego taty rodzinną Biblię, przekazywaną z pokolenia na pokolenie. W 1847 roku żona podarowała mężowi w prezencie ślubnym specjalnie dedykowaną mu wersję z 1843 roku. W Biblii, na końcowych stronach, zapisywane są kolejne osoby, którym zostaje przekazana, łącznie z nazwiskami i datami urodzin i śmierci. Cudowna rodzinna pamiątka, skarb, łączący wszystkie pokolenia. Wystarczy wziąć ją do ręki, a dreszcz przyszywa całe ciało. Czuję się zaszczycona, że zostaliśmy strażnikami tego egzemplarza i mam nadzieję, że Jaś zadba o nią w przyszłości równie dobrze. Czy takie tradycje nie są wyjątkowe i godne polecenia kontynuacji? Ile w tym uczuć, wartości i szacunku…

Mam nadzieję, że dzisiejszym wywodem przypomniałam Wam, jak ważne jest czytanie naszym dzieciom, jak ważne pokazanie jest, ile wartości można odnaleźć w książkowym świecie. Sama widzę, że pisząc na komputerze, mój syn wyciąga tablet i też chce pisać. Kiedy widzi mnie z książką, sięga po swoją książkę. Przykład idzie z góry. Ja wciąż pamiętam tatę wczytującego się w książki historyczne, pamiętam „Dywizjon 303”. Teraz częściej widoczny jest z krzyżówkami, czy przed telewizorem, ale swego czasu czytał dużo. I za to jestem Mu wdzięczna, jak i mamie, która nie tępiła mojego czytania w ciemnościach…

„LUDZIE PRZESTAJĄ MYŚLEĆ, GDY PRZESTAJĄ CZYTAĆ.” CYCERO

17 odpowiedzi do “Kiedy nałóg jest zaletą”

  1. Już biegnę po książkę. Dzięki Tobie Ewa chce się czytać, więcej i więcej. Dziekuje za każdy Twój wpis , każdy wnosi w moje życie coś nowego , przypomina o sprawach o , których zapominamy . Jesteś cudowna 😘

  2. Pięknie opisana ta Twoja miłosna opowieść do książek. Zawsze powtarzam, że dziecko bierze przykład z rodziców – kiedy oni czytają książki, łatwiej jest im namówić je do czytania, niż tym, co siedzą godzinami przed telewizorem 🙂 Dobrze, że czytasz dziecku – to dla kochających książki podwójna frajda 😀
    A druga sprawa – każdy z nas ma książki, które go ukształtowały. Dla mnie niewątpliwie jedną z najważniejszych książek w dzieciństwie była pozycja Romana Pisarskiego “O psie, który jeździł koleją” – pamiętam, że nie mogłam się od niej oderwać, a kiedy się skończyła – płakałam przez kilka dni (i dlatego, że skończyła się książka, i z powodu losów bohaterów).

    1. Dziękuję… Pamiętam dobrze „O psie, który jeździł koleją”, też zrobiła na mnie wrażenie. Wspaniała książka nie tylko dla dzieci ❤️ Właśnie te emocje otwierają nasze serca…

  3. Nie znoszę nauczycieli, którzy podcinają skrzydła, a jest ich niestety wiele… sama kiedyś bardzo lubiłam rysować i mi to wychodziło, ale miałam zaniżone oceny, bo nauczycielka mnie nie lubiła 😉 dobrze, że z matematyki mi nie obniżała za inny sposób obliczenia (a robiłam czasem rzeczy, których w szkole jeszcze nie było, choć były poprawne)…
    Książki lubię, ale mam ostatnio naprawdę mało czasu na ich czytanie… głównie czytam artykuły naukowe… ale mam nadzieję, że za 3 tygodnie to się zmieni:)

  4. Świat bez książek byłby niepełny, nudny, smutny. Pamiętam czasy PRL-u, kiedy trudno było kupić książki. To był towar deficytowy. Biblioteka była wtedy jak raj, Uwielbiałem buszować między regałami w poszukiwaniu odpowiedniego tytułu. Wtedy jeszcze nie działał system rewersów.

  5. Dlaczego, kiedy czytam co piszesz smieje sie i placze jednoczesnie? Wracam do tamtych zwarjowanych czasow, widze wszystko jak na ekranie. Szczegolnie pobyt w bibliotece, czasem wlasnie z przymusu w szkole podstawowej- zaliczanie lektur wlasnie…
    To poczytajmy dziecku, dzieki siostra!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *