Mój zapach Świąt

Uwielbiam Boże Narodzenie. Czas, który wielu kojarzy się niestety z pośpiechem, sprzątaniem, przygotowaniami, stresem i zakupami. Dla innych wręcz przeciwnie, jest czasem skupiającym rodzinę razem, pozwalającym na celebrowanie każdej chwili, chłonięciu zapachów i smaków. Ja mam przyjemność należeć do tej drugiej grupy, a Wy?

Bardzo lubię wracać do lat dzieciństwa i próbować przypomnieć sobie aromaty i smaki, z którymi je kojarzę. Wychowałam się w czasach, kiedy na co dzień w sklepach nie było za wiele, a jak już coś było, to często brakowało na to pieniędzy. Nie było łatwo. Jednak do pewnych chwil wciąż wracam z utęsknieniem. Święta Bożego Narodzenia miały magię, mimo otaczającej nas szarości na co dzień.


Zapach pomarańczy. Coś, co wciąż kojarzy mi się z zimowymi wieczorami, delektowaniem się świąteczną atmosferą. Odgłos rozłupywanych orzechów przez tatę. Tak jak ja nie mogłam nasycić się cytrusami, tak tata kojarzy mi się wówczas z dziadkiem do orzechów i ciągłym odgłosem łupania (co mamę wciąż doprowadza do szewskiej pasji). Mandarynki własnoręcznie nadziane goździkami. Zapach świeżej szynki…

Dzięki temu, że dziadkowie mieli gospodarstwo rolne na wsi, w ten wyjątkowy czas mogliśmy delektować się smakiem wędlin własnego wyrobu. Szynka, niedostępna na co dzień, pachniała tak, że każdorazowe otworzenie lodówki pobudzało ślinianki do wytężonej pracy. Wciąż mam ten zapach w pamięci. Pamiętam wyczekiwanie na śniadanie świąteczne, kiedy po postnej wieczerzy wigilijnej można było wreszcie skosztować mięsnych pyszności. Moim standardowym zestawieniem śniadaniowym (oczywiście prócz uwielbianego wciąż przeze mnie bigosu mojej mamy, z białą kiełbasą) była standardowa polska sałatka warzywna, śledź i kanapka z szynką. Minęło tyle lat, wszystko jest dostępne od ręki, a ja wciąż w święta serwuję sobie taki sentymentalny zestaw.

Zapach ciasta. Obowiązkowym ciastem w naszym domu, co roku, jest makowiec i sernik. Pozostałe wypieki ulegają zmianie, jednak te dwa wpisane są w naszą rodzinną tradycję. Szczególnie makowiec jest dla mnie rarytasem, którym delektuję się tylko w święta. Dla mnie, prócz zapachu, ciasta miały specjalny wydźwięk, ponieważ po posiłku, kiedy pojawiały się słodkości, śpiewaliśmy czasem kolędy. Tata przygrywał na akordeonie, z czasem na harmonijce ustnej, co średnio podobało się naszemu psu, który wtórował tacie wyjąc z nami. Kiedy żył jeszcze dziadek ze strony taty i spotykaliśmy się wszyscy u dziadków (łącznie z siostrami taty i ich rodzinami), kolędowaliśmy wszyscy razem. To była moja ulubiona część wieczoru… Nawet jeśli sami rezygnowaliśmy ze śpiewania, to zwykliśmy słuchać kolęd z płyt bądź koncerty świąteczne w telewizji…

Odgłos nadchodzących gości, śmiech, czasem łzy wzruszenia. Im jestem starsza, tym częściej przy składaniu sobie świątecznych życzeń, dopada mnie wzruszenie. Chyba wszyscy tak mamy, prawda? Nie wiem, czy to efekt upływających lat, przemawiające doświadczenie czy to, że z wiekiem stajemy się coraz bardziej infantylni. Wystarczy opłatek, spojrzenie w oczy najbliższych i oczy wilgotnieją, niczym rosa latem na porannej trawie. A może to większe zrozumienie własnych pragnień, słabości, tego, czego nie zdążyliśmy zrobić bądź powiedzieć? Jest w tych chwilach coś magicznego, ulotnego i bardzo kruchego. Moment, kiedy czujemy się tak bardzo blisko, choć często na co dzień jesteśmy tak daleko…

Prezenty są nieodłącznym atrybutem świąt. Mimo, że wiemy, że nie są najważniejsze, często myślenie o nich pochłania nam w gorączce przedświątecznej najwięcej czasu. Chcemy kupić coś wyjątkowego, sprawić przyjemność, a przecież do szczęścia potrzebne nam jest tak niewiele. Jakże często zapominamy o tym, co ważne.

Pamiętam dzień oczekiwania na gości. Ciocia i wujek obiecali do nas zawitać. Lubiłam słuchać, kiedy opowiadali o swoich podróżach, ich śmiech łatwo zarażał wszystkich członków rodziny. Wyczekiwałam szczekania psa, „ostrzegającego” nas o przybyciu „intruzów”. I wreszcie przybyli, uśmiechnięci i rozgadani, jak zwykle. Mieszkanie, które mieściło na co dzień i tak liczną rodzinę, stawało się jeszcze mniejsze. Pamiętam wejście cioci do pokoju, gdzie skupiliśmy się my- dzieci i cioci słowa: „Nie będę wybierać kolorów dla każdego z osobna, niech los zadecyduje. Łapcie!”. Rzuciła w górę małe zawiniątka, a my pospiesznie łowiliśmy je i rozdzielaliśmy między sobą. To były skarpetki! W czasach, kiedy prócz zwykłych frotek nie można było dostać w sklepie czegoś zwyczajnie ładnego, dostałyśmy koronkowe skarpetki. Ja wylosowałam błękitne, ich obraz po upływie trzydziestu lat wciąż wyraźnie rysuje się w mojej głowie. Radowałyśmy się i paradowałyśmy w nich z dumą. Tak niewiele, a jednak przepustka do kolorowego świata marzeń. Tylko skarpetki, a jednak uczucie towarzyszące ich rozpakowaniu pozostanie ze mną na zawsze…

To są jedne z wielu małych radości, jakie kojarzą mi się ze Świętami Bożego Narodzenia. Teraz wiele się zmieniło. Dostępność w sklepach wszystkiego na wyciągnięcie ręki powoduje, że pewne rzeczy przestają być rarytasami, a my nie doceniamy ich walorów. Wyjechałam z rodzinnego domu, znalazłam się w innych kraju i założyłam rodzinę. Święta smakują inaczej. Przede wszystkim dlatego, że teraz ja staram się zrobić wszystko, by mój syn pamiętał ten czas również jako wyjątkowy. Nie, nie przygotowuję dwunastu dań. Teraz skupiam się na tym, by połączyć to, co lubię z tradycji polskiej i to, co lubi mój mąż z tradycji szwedzkiej. Może nie wszystkim taka mieszanka przypadłaby do gustu, dla mnie jednak tworzymy coś, co jest tylko nasze. I tak staramy się, by było symboliczne sianko czy opłatek, zawsze rozpoczynamy od mojego ulubionego barszczu z uszkami. Są również pierogi z kapustą i grzybami, w tym roku zdecydowałam się również na wariację pieroga faszerowanego szpinakiem z ricottą. Są ryby, które królują w zwyczaju kuchni obu krajów. Jest również pieczona szynka, jajka, małe pulpeciki i kilka innych dań.

Obecnie mój zapach świąt trochę uległ modernizacji. Zamykam oczy i czuję fuzję aromatów: choinka, barszcz, przyprawa korzenna z pierniczków, szynka, pomarańcze… Najważniejsze jednak dla mnie jest to, że w te dni czas dla mnie zwalnia. Celebrujemy razem każdą minutę. Nasz syn ma nas dla siebie na wyłączność. To NASZ czas. Marzę, by tak zapamiętał to w przyszłości. Ja pamiętam skarpetki, ciekawa jestem, o czym On opowie za dwadzieścia lat…

2 odpowiedzi do “Mój zapach Świąt”

  1. ja pamietam puzzle…to byl piekny obrazek dzieci bawiacych sie na gorce zima, zjezdzajace na sankach, nartach, jakis balwan z boku…piekne kolorowe, oj dlugo byly moimi ulubionymi 🙂 oprocz oczywiscie wszystkich zapachow o ktorych mowisz, pamietam tez coroczne wizyty mojej cioci i wujka/brat mojego taty. Zawsze zaliczali dwie wigilie u siebie w rodzinie a potem wpadali do nas z prezentami. Czasem bylo to juz bardzo pozno,ale my z bratem wytrwale czekalismy :), prezenty od nich byly super! Chyba najbardziej dlatego,ze tak wyczekane :)))…pisz Ewcia, pisz, uwielbiam Cię czytac, nawet jak piszesz o polityce, ktorej ja osobiscie nie trawie, ale to dlatego,ze jej nie rozumiem 🙂 Dobranoc 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *